Tam i z powrotem – 4 tysiące kilometrów Koleosem po Nowej Zelandii

3
438
Po blisko 17 godzinach lotu wysiadłem na nowozelandzkiej ziemi nieco zmęczony, ale też podekscytowany. Tuż za rogiem czekała przecież wspaniała przygoda, najwspanialsza przygoda, jaką mogłem sobie wyobrazić. Kilka tysięcy kilometrów podróży po tej niesamowitej krainie. Czekałem więc z niecierpliwością na filmowe widoki. I nie zawiodłem się. Zaskoczenie było tym większe, gdy okazało się, że filmowa klisza nie oddaje nawet w połowie piękna Nowej Zelandii. To, co uważałem za efekt komputerowej obróbki, było jedynie próbą oddania rzeczywistości. Niekiedy  bliską oryginału, ale nigdy tak fascynującą jak zobaczenie tego na własne oczy. Była piąta rano nowozelandzkiego czasu a mimo to nie chciało mi się spać ani trochę. Ruszam na Wyspę Południową, najpiękniejszą według wielu część Nowej Zelandii. Daleka to droga, długa. Jedziemy? 
Prolog 

Wszystko, co tu widziałem w przyrodzie miało kształt piękny, wyrzeźbiony. Trochę jakby go wprawdzie z góry obmyślono, lecz stworzono dopiero przed chwilą a zarazem tak stary, jakby przetrwał wieki. Znajome kolory, złoto, biel, błękit i zieleń, były tutaj tak świeże i tak wzruszały jakbym je widział w życiu po raz pierwszy i musiał dla nich znaleźć nazwy nowe i cudowne. Nikt nie mógł tu nawet zimą tęsknić do lata i wiosny. 

Ten nieco poetycki opis inspirowany krainą Lorien pochodzi z trylogii „Władca Pierścieni” autorstwa Tolkiena i jak ulał pasuje do Nowej Zelandii. Już pierwsze kilometry podróży po opuszczeniu Auckland były niczym filmowy sen. Dwupasmówka szybko się skończyła, a droga zmieniła się w krętą, asfaltową ścieżkę o jednym pasie z niewielkimi tylko poboczami. Płaski krajobraz zastąpiły wzgórza. Pamiętacie jak zaczynał się „Avatar” Jamesa Camerona? Lot nad nieco zamglonym i egzotycznym zielonym lasem w górach na odległej planecie Pandora. Wydawało mi się wtedy, że takie miejsce to wymysł komputerowych grafików. Tymczasem będąc w połowie drogi do pierwszego celu na mojej mapie, wulkanicznego rejonu Rotorura, przeżyłem to w rzeczywistości. Wczesna godzina spowodowała, że na soczyście zielonych wzgórzach rozlokowały się mgły. Widziałem tylko wierzchołki drzew, wystające skały i mgłę, rozświetloną gdzieniegdzie wstającym słońcem. Chwilę później krajobraz zmienił się nie do poznania, a kolory zwariowały. Zdjęcie poniżej najlepiej Wam powie jak było:

Rotorua – kraina jak wulkan gorąca

200 kilometrów na południe od Auckland rozciąga się nierzeczywista, ale przepiękna kraina Rotorua. Niedaleko stąd, w miejscowości Matamata, Peter Jackson stworzył niesamowity plan filmowy – Hobbiton. Jeśli przyjedziecie tutaj odpowiednio wcześnie rano, zobaczycie obraz wprost z filmu. Warto być tu o poranku, ponieważ tylko wtedy słońce pada tak, jak zostało to pokazane w kinie. Można podziwiać nie tylko kunszt dekoratorów, ale też pomysłowość operatora. Oto choćby scena z Hobbita, w której Bilbo wybiega z Hobbitonu, aby wziąć udział w wyprawie krasnoludów. Dopiero, będąc tu na miejscu, można się zorientować, że Bilbo biegnie raz w jedną stronę, raz w drugą, po tym samym terenie. Wizyta w krainie filmu jest ciekawa, ale dużo ciekawsze widoki czekają na Was kilkadziesiąt kilometrów dalej. Można tam własnym nosem i na własne oczy przekonać się, jak mógłby wyglądać prawdziwy Mordor.

Już kilka kilometrów przed wjazdem do miasta widać buchającą gdzieniegdzie spod ziemi parę i bogatą, tropikalną roślinność. Wjazd do Rotorua zaczyna się  jednak od zmarszczenia nosa. Zapach siarki jest wszechobecny. To wina gorących źródeł, które znajdują tutaj ujście. W większości moteli znajdziecie  w pokojach duże wanny, gorącej wody jest tu pod dostatkiem. Gorące baseny nad jeziorem to jedna z większych tutejszych atrakcji, podobnie jak gejzery. Prawdziwa uczta dla oczu i tortura dla nosa zaczyna się trochę dalej, w parku Wai-O-Tapu. Bardziej wrażliwe na zapachy osoby powinny zaopatrzyć się w maskę z filtrem węglowym – ból głowy gwarantowany. Opary spod ziemi mieszają się z wszechobecną wilgocią. Za to widoki są niesamowite. Wielki kratery, niczym na księżycu, gorące, kolorowe źródła, pokręcone drzewa – idealny krajobraz z piekieł zabrany.

Trochę dalej na południe znajduje się dolina Waimangu, prawdziwy cud natury. Zielona dolina, w której można obejrzeć największe gorące jezioro, z nieustannie gotującą się wodą, gorące strumienie, z bulgotającymi źródłami i fantastyczną zieleń, w otoczce z pary wodnej. W przeciwieństwie do Wai-O-Tapu tutaj zapachów siarki się nie uświadczy. Ale celem mojej wyprawy była wyspa południowa. Trzeba ruszać dalej. Zwłaszcza, że nowozelandzkie drogi są inne, o czym przypominają rozstawione tu i ówdzie znaki. I nie chodzi nawet o to, że prowadzę z kierownicą po prawej stronie samochodu. Tu się jeździ wolniej. Nie ma autostrad, maksymalna prędkość to 100 kilometrów na godzinę. Biada temu, kto będzie udawał pirata drogowego. Policyjne samochody ze sprzężonym radarem wyłapują takiego delikwenta błyskawicznie. Kara jest bardzo surowa, kilkaset dolarów ostudzi niejednego miłośnika prędkości.

Spokojna droga na południe wiedzie jednak przez fragment Nowej Zelandii, który zagrał u Jacksona Mordor, a dokładnie Górę Przeznaczenia. To tam Frodo wrzucał w jaskini Jedyny Pierścień. Tongariro National Park zachwyca surową urodą. Nieco wypłowiały step przeradza się szybko w górskie wierzchołki. Warto wiedzieć, że wulkan Tongariro do dzisiaj potrafi być niebezpieczny. Sesja zdjęciowa na jego tle jest jednak obowiązkowa. W drodze na południe można jeszcze odwiedzić miejscowość Masterton, gdzie reżyser Peter Jackson wybudował swoją posiadłość nad jeziorem. W jej podziemiach odtworzył hobbicką norę, mieszkanie Bilba i Frodo. Jackson, zazdrośnie chroniący swoją prywatność, przyjmuje tam swoich specjalnych gości.

Wellington – trochę dziwna stolica… filmu

Na południowym krańcu wyspy północnej znajduje się Wellington. Miejsce ważne dla filmowego świata Nowej Zelandii, bo tutaj znajduje się Weta Workshop. Firma ta od 20 lat zajmuje się projektowaniem i wytwarzaniem akcesoriów na potrzeby przemysłu filmowego. Między innymi stworzyli kombinezon na potrzeby Ghost in the shell, kostiumy do filmu Amazing Spiderman 2 czy Man of Steel. Lista projektów jest jednak znacznie dłuższa. Dla nas najbardziej rozpoznawalne będą maski i stroje z Władcy Pierścieni oraz Hobbita. Wyprodukowano ich gigantyczne ilości i dzisiaj można część z tych rzeczy zobaczyć a nawet kupić. Ogromną popularnością wśród zwiedzających cieszą się też figurki filmowych postaci.

Samo Wellington to nieduże miasto, które zamieszkuje około 200 tysięcy mieszkańców. Jest trzecie pod względem wielkości w tym kraju. Jest dziwne, bo tak zwane centrum jest stosunkowo nieduże, zdecydowana część Wellington to przedmieścia. Jednak dla podróżujących na Wyspę Południową to przede wszystkim miejsce zaokrętowania na prom. Jeśli macie samochód nie ma innej drogi. Przeprawa trwa trzy i pół godziny i może dostarczyć wrażeń, szczególnie, jeśli tak jak ja, traficie na sztorm. To w końcu ocean i tak zwane ryczące czterdziestki dają się tutaj mocno we znaki. Nie tak dawno zdarzyło się, że w czasie wyjątkowo wzburzonego oceanu z promu wyleciała duża ciężarówka z naczepą.

Mój prom dopływa jednak szczęśliwie. Port znajduje się w niewielkiej, lecz urokliwej miejscowości Picton. To brama do najbardziej znanego regionu Marlborough, gdzie powstają mocno owocowe wina oparte o szczep Sauvignon Blanc. To jeden z narodowych hitów eksportowych Nowej Zelandii. Ja ruszam dalej, dzisiaj moim celem jest Christchurch.

Droga wśród gór pod znakiem tęczy 

Zapewne słyszeliście o niedawnym trzęsieniu ziemi w Nowej Zelandii. Zniszczyło ono bardzo malowniczą nadmorską drogą z Picton do Kaikoura. Dlatego muszę jechać o blisko 200 kilometrów dłuższym górskim szlakiem. Długa to była podróż, chociaż nie ze względu na odległość ani na ruch. Trzęsienie ziemi dało się we znaki i tutaj. Ekipy wciąż usuwają po nim ślady, więc po drodze czekało mnie kilkanaście mijanek i nieplanowanych postojów. Wszystkie te trudy rekompensowały jednak widoki. Szosa wije się wśród malowniczych gór, nad jeziorami, strumykami, wodospadami. W pewnym momencie otworzył się przede mną widok na rozległą dolinę, opromienioną blaskiem tęczy. Z tyłu ciemne chmury a przede mną coś na kształt zielonych łąk z lasami, nad nimi wspaniałe, intensywne kolory odbijające się kroplach wody a w tle góry.

Takich widoków się nie zapomina. I dla takich chwil się tutaj przyjeżdża. Na zdjęcia zatrzymywali się wszyscy, ale szczerze mówiąc żadne zdjęcie, nawet najlepsze, nie odda chyba tego wrażenia przestrzeni i tej intensywności barw.

Christchurch wielkie zaskoczenie

To drugie pod względem wielkości i ostatnie na mojej trasie tak duże miasto na wyspie południowej nadal odczuwa skutki trzęsienia ziemi, które miało miejsce kilka lat temu. Centrum jest nadal bardzo zniszczone. Dlatego pobyt tutaj potraktowałem jako okazję do krótkiego wypoczynku i zaplanowania dalszej trasy na południe. Jednak nie obyło się bez przygód. Wieczorem, z okien hotelowego pokoju, położonego na najwyższym piętrze, widziałem blask bijący znad okolicznych wzgórz. Nad nim unosił się ogromny słup dymu. Okazało się, że w czasie gdy tam byłem, w okolicy szalał wielki pożar, który zagrażał przedmieściom. Zastępy strażaków i ochotników walczyły wiele godzin by opanować żywioł. Jeszcze nad ranem, gdy kierowałem się na południe, trwała akcja gaszenia. Nowa Zelandia, chociaż przyjazna i bezpieczna, ma jednak swoje ciemne strony.

Invercargill i Bluff na końcu świata

W końcu upragniony moment. Invercargill, miejsce położone na samym południu Nowej Zelandii. To tutaj symbolicznie kończy się świat i zaczyna droga ku stolicy, Auckland. Odległości do Europy szokują. Do Londynu jest dalej niż do Nowego Jorku. Wszyscy chcą sobie zrobić zdjęcie pod tym znakiem.

Z Invercargill malownicza droga prowadzi najpierw wzdłuż południowego wybrzeża a potem skręca ostro w góry. To najpiękniejsza część Nowej Zelandii, Alpy Południowe. Koleos kieruje się na Queenstown, zimową stolicę, położoną nad przepięknym jeziorem Wakatipu. Kilkadziesiąt kilometrów dalej Te Anau. To nad tymi jeziorami i w okolicznych górach powstały sceny, które znamy z Władcy Pierścieni i Hobbita.

Ósmy cud świata

Milford Sound to zatoka, która nazywana jest ósmym cudem świata. Ocean wchodzi tu głęboko w góry. Najlepiej widać to z samolotu, ale i przyjeżdżający tu samochodem znajdą mnóstwo widokowych miejsc na wspaniałe zdjęcia. To chyba jedyne miejsce w Nowej Zelandii, które jest zatłoczone. Potężny parking przed portem jest cały zapełniony samochodami. Dalej pojechać się nie da, trzeba wsiąść na prom.

Rejs trwa półtorej godziny, a widoki zapierają dech w piersiach. Jest pięknie. Szczególne wrażenie pozostawiają wodospady na skalnych ścianach. Jest ich tutaj zatrzęsienie. Woda spływa po kilkaset metrów w dół. Momentami statek pod nie podpływa a osoby stojące na dziobie zyskują darmową kąpiel w lodowatej górskiej wodzie.

W stronę lodowca

Czas płynie nieubłaganie i Koleos musi ruszać na północ. Kręta droga wije się wśród gór. Poranek nad takimi górskimi jeziorami dostarcza wspaniałych widoków. Momentami ciężko uwierzyć w zestawienia kolorów, które powstają gdy światło załamuje się na górskich stokach pokrytych śniegiem i lodem. Na trasie mamy miejscowość Wanaka. Leży nad jeziorem o tej samej nazwie. Już niedaleko do Mount Cook, najwyższego szczytu wyspy południowej.

Jadę ciągle w stronę wybrzeża. Kilometrów to niedużo, ale góry dostarczają dużych wyzwań cierpliwości kierowcy. Kręta droga nie zachęca do szybkiej jazdy. Mimo, że siedzę za kierownicą dużego SUVa, samochód pewnie trzyma się asfaltu. Przy Morzu Tasmańskim zaczynają się piękne puste plaże. Grzechem byłoby nie zjechać. Z piasku doskonale widać ośnieżone szczyty, widok jedyny w swoim rodzaju.

Dzisiaj najważniejszym punktem dnia jest lodowiec Franza Józefa. Z parkingu idzie się do niego drogą jakby przez dżungle. Potem kilka niedużych, kilkudziesięciometrowych wodospadów i już jest. Niesamowity, nieco nierealny niebieski kolor kontrastuje z szarością skał. Na sam lodowiec można dostać się tylko śmigłowcem, ale już bycie kilkaset metrów od niego robi wrażenie. Nieco nie z tej ziemi. Nic dziwnego, że w tych okolicach kręcono między innym Obcy – Przymierze.

Hokitika 

Koleos ma mnóstwo okazji by pojeździć po plaży. Nie inaczej jest w Hokitika, niewielkiej miejscowości z ogromną pustą plażą. To właśnie tutaj udaje mi się trafić na wspaniały zachód słońca. Ogromne fale rozbijają wodę na drobne cząsteczki, które tworzą zamglony krajobraz. Przez mgłę przebijają się fale światła z zachodzącego słońca. Na plaży mnóstwo ludzi, którzy przyjechali tu samochodami. Z ciekawością patrzą na Renault. Z tej plaży powstaną piękne zdjęcia.

Ciemność zapada tu powoli. Kiedy jest naprawdę ciemno, plaża zostaje cicha i pusta. Czas na sen.

W stronę Auckland

Na północ, tam musi być jakaś cywilizacja, chciałoby się powiedzieć. Kolejny rejs promem, kolejny raz Wellington i już jadę w stronę Auckland. Ale po drodze jeszcze kilka trakcji. W tym muzeum starych samochodów, w którym odnajduję zabytkowe Renault. Potem Koleos trafia na kolejną plażę, Wanganui. Kilkadziesiąt kilometrów czystej radości.

W planach mam też przejazd w okolice Mount Taranaki. To wulkaniczny szczyt, położony przy miejscowości New Plymouth. O szóstej rano parking, z którego wyrusza się na szlak, jest już pełny. Słońce leniwie wstaje, a ja w tym czasie robię mnóstwo zdjęć. To jedna z najpiękniejszych pamiątek z tej podróży. Koleos wygląda na tle wulkanu bardzo pięknie.

Cast Away – poza światem

Kilkadziesiąt kilometrów na południe od Auckland znajduje się ostatni nocleg na mojej trasie. Niewielki ośrodek Cast Away, poza światem. Czarna, wulkaniczna plaża, jest popularnym miejscem wśród mieszkańców. Nic więc dziwnego, że o zachodzie słońca spotkałem tu kilka samochodów. Piasek wulkaniczny jest smoliście czarny i bardzo drobny.

Następnego dnia rano samochód wraca do Renault a ja wsiadam do samolotu, by udać się do Europy. I już w momencie gdy samolot odrywał się od ziemi wiem, że chcę tu wrócić.

A jak sprawował się Koleos? O tym przeczytacie w kolejnej części naszej relacji już za tydzień. Dla tych co dotarli aż tutaj jeszcze film:

Galeria

Dodaj komentarz

3 komentarzy do "Tam i z powrotem – 4 tysiące kilometrów Koleosem po Nowej Zelandii"

Powiadom o
avatar
 
smilegrinwinkmrgreenneutraltwistedarrowshockunamusedcooleviloopsrazzrollcryeeklolmadsadexclamationquestionideahmmbegwhewchucklesillyenvyshutmouth
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Michał
Gość
Zdecydowanie, NZ jest fascynująca. Na mnie niezapomniane wrażenie zrobiło Rotorua. Może dlatego że nie byłem na Islandii czy w Yellowstone. Kolory są bajeczne. Potęgę natury odczulem tam bardziej niż w górach. No i gigantyczna wanna w motelu, zasilana wodą geotermalną :) Ból głowy? Może to wino? Mount Doom / Tongariro Alpine Crossing fajny – przeszliśmy tylko do jeziora. Zazdroszczę Milford – plynelismy w deszczu poziomym, o mało nie zwialo mnie z decku do wody. Pod lodowcem byliśmy w ulewie, ukazał nam się na kilkadziesiąt sekund i tyle. W Hokitika nie byłeś :P zdjęcie napisu z plaży albo się nie liczy.… Czytaj więcej »
Staszek Mar.
Gość

Fantastyczna podróż, fantastyczne zdjęcia. Czekam na opinie o Koleosie.

Chris
Gość

Szkoda tylko że silnik w wersji azjatyckiej to 2.5 benzyna a w Europie same diesle o małej pojemności

wpDiscuz