Szanghaj – Paryż Wschodu (cz. III)

2
208

Czas na trzecią, i ostatnią chyba, część materiału, który postanowiłem napisać zachwycony Szanghajem. W części pierwszej skupiłem się m.in. na znakomicie działającej komunikacji publicznej, wspomniałem o kolei magnetycznej Maglev, wspomniałem o systemach roweru miejskiego i zaprezentowałem Pudong nocą. Ale Szanghaj robi wrażenie nie tylko po zmroku.

Część drugą poświęciłem na zaprezentowanie niektórych zabytków, czy raczej miejsc atrakcyjnych turystycznie. Sporo w tym materiale było o buddyjskich świątyniach. Nic dziwnego, Chiny, a więc i Szanghaj, to buddyzm. Mimo rewolucji kulturalnej religia wciąż jest obecna w tym kraju, a wręcz się rozwija. Chiny są jednak państwem o ustroju republiki ludowej, czyli czymś na kształt demokracji ludowej. I jak patrzę na rozwój, to się zastanawiam, czy nie mogliśmy tego socjalizmu u nas budować jeszcze przez kilkanaście lat… ;-)

Szanghaj, to miasto imponujące. Jest ogromne. Liczy sobie ponad dwadzieścia cztery miliony mieszkańców (dane za 2015 rok), a cała aglomeracja szacowana jest nawet na osiemdziesiąt milionów osób, acz nie pamiętam, gdzie to przeczytałem.

Szanghaj ma świetnie zorganizowaną przestrzeń życiową. Mimo tak wielkiej populacji niemal nie spotyka się tam korków na ulicach! A jeśli już się pojawiają, to szybko się rozładowują. To efekt szerokich, nowoczesnych arterii komunikacyjnych, często wielopoziomowych bezkolizyjnych skrzyżowań, świateł z sekundnikami, znakomicie rozwiniętej linii metra (wciąż rozbudowywanej), bogatej sieci linii autobusowych i trolejbusowych oraz… braku kolizji. Podczas sześciodniowego pobytu nie widzieliśmy żadnego wypadku, żadnej kolizji, a karetkę na sygnale słyszeliśmy bodajże dwukrotnie. Przez sześć w dni w blisko dwudziestopięciomilionowym mieście! Największym na świecie.

Szanghaj, mimo bardzo dynamicznego rozwoju, zachował równowagę. Miasto jest pełne zieleni. Co chwilę trafia się tu na mniejszy, czy większy park. Jest sporo różnych zbiorników wodnych – rzek, kanałów, stawów. Na dachach wielu budynków zlokalizowano ogrody. Smog jest nieodłącznym towarzyszem tak wielkich skupisk ludzkich, ale Szanghaj stara się z nim walczyć również poprzez nasadzenia roślinności. W efekcie miasto nie przytłacza betonowymi strukturami, a wręcz zachwyca zielenią i bliskością natury.

Nawet słynna ulica Nankińska (Nanjing Road) – centrum handlowe Szanghaju – obsadzona jest licznymi drzewami. Ale tak jest niemal wszędzie – cały Szanghaj tonie w zieleni, choć oczywiście budynki są od drzew wyższe. No ale architektura miasta jest niesamowita. Mnóstwo wieżowców, nie tylko tych biznesowych. Trzeba wszak pomieścić tych wszystkich ludzi, czy to w pracy, czy w mieszkaniach. Niemniej jednak niewiele jest miejsc w Szanghaju, gdzie zieleni nie ma. Nawet na Bundzie postarano się o dodatkową atrakcję w postaci żywej ściany. Mnóstwo roślin umieszczonych tak, że nie razi beton, a zachwycają kwiaty i liście. Pięknie skomponowane, nadające lekkości.

W licznych parkach, ale nie tylko tam, bo i na Bundzie na przykład też, Chińczycy uwielbiają dbać o formę fizyczną i rozwój organizmu. Często w takich miejscach natkniecie się na ludzi ćwiczących, tańczących, ale też na puszczających latawce. O różnych porach dnia. Chińczycy tańczą, czasem pojedynczo, ale w grupach, czasem w parach. Ćwiczą, acz nie wiem, co to takiego. Mi trochę przypominało gimnastykę tai-chi (taiji) i chyba tymże właśnie jest – ma pozwolić zachować zdrowie i zadbać o rozwój psychofizyczny.

Generalnie na ulicach i chodnikach panuje – o dziwo – spokój. Być może to skutek wyznawanej religii. Odwiedzając te buddyjskie świątynie i nie mając zielonego pojęcia o tej religii stwierdziliśmy, że musi być w niej coś takiego, co uspokaja. Budda przedstawiany jest zwykle w postaci tłuściutkiego uśmiechniętego osobnika. To trochę inaczej, niż w chrześcijańskiej, zwłaszcza katolickiej religii. U nas nietrudno natknąć się na malowidła i rzeźby straszące nas ogniem piekielnym, krwawe w swojej wymowie sceny, co budzić ma w nas strach, a nawet przerażenie. Owszem, parę groźnie wyglądających rzeźb i w buddyjskich świątyniach widzieliśmy, ale to była tylko mimika postaci. Budda straszny raczej nie jest. Chociaż przeczytałem później, że buddyzm opiera się na czterech szlachetnych prawdach: o Cierpieniu, o Przyczynie Cierpienia, o Ustaniu Cierpienia i o Ścieżce Prowadzącej do Ustania Cierpienia. Skoro więc tak często mówi się o cierpieniu, to może tak radośnie jednak nie jest?

Popełniłem przed chwilą – dość świadomie – pewien błąd. Bo buddyzm tak naprawdę trudno jest nazwać religią. To raczej system filozoficzny pokrewny religii, ale taki, w którym nie ma boga. Nazywa się go (ów system) religią nonteistyczną (nieteistyczną).

Najwyraźniej to jednak buddyzm daje Chińczykom jakiś taki wewnętrzny spokój. Mnóstwo sytuacji na drogach takich, że w katolickiej Polsce doszłoby do rękoczynów, a przynajmniej agresji słownej, w Chinach jest pomijanych całkowicie. Tu praktycznie nikt na nikogo nie nakrzyczy za zajechanie drogi, nawet nie spojrzy w jego kierunku! O agresji, kopaniu pojazdów, czy innym niszczeniu mienia praktycznie nie ma mowy! Owszem, widziałem coś takiego w Pekinie, raz, ale w Szanghaju nie zaobserwowałem ani jednego takie przypadku. Przez sześć dni pobytu! Skąd więc w nas, wyznawcach chrześcijaństwa, katolicyzmu nawet, tyle tej agresji? Nasza religia każe nam wszak wybaczać, nadstawić drugi policzek. A my szukamy drugiego policzka, ale u innego człowieka, żeby mu wpieprzyć jeszcze bardziej.

Chiny, to kraj niesamowity. Od tysiącleci ta cywilizacja rozwijała się dynamicznie. Dziś w takich metropoliach, jak Pekin, czy Szanghaj, ale też wiele innych, wszystko dzieje się szybko. Szanghaj, jak wspominałem, dopiero od ćwierćwiecza rozwija się przyciągając zarówno kapitał zagraniczny, jak i chiński. W efekcie tempo rozwoju gospodarczego rzadko w ciągu tych 25 lat spadał do wartości jednocyfrowej licząc rok do roku. Nic dziwnego, że Szanghaj równie dynamicznie przyrasta pod względem liczby ludności. Na przełomie XX i XXI wieku mieszkało tam raptem dziewięć mionów osób. Dziś jest to niemal trzy razy więcej! Dziesięć lat temu Szanghaj zamieszkiwało ok.18,5 miliona osób.

Skoro tak dynamicznie napływa tam ludność, więc trwa nieustanny boom budowlany. Czasem media pokazują puste miasta w Chinach. Cóż – trochę mnie to nie dziwi, ale o tym za chwilę. Szanghaj jest miastem, w którym pustych lokali praktycznie nie ma. Cała ta napływająca ludność gdzieś musi mieszkać, gdzieś musi pracować. Nic więc dziwnego, że miasto się rozrasta. Imponujące wieżowce, to głównie biurowce i hotele (czasem jedno i drugie naraz), ale pracę w nich mają tylko najlepiej wykształceni Chińczycy. Miliony innych pracują niżej ;-) Prowadzą własne biznesy, często malutkie, rodzinne. Inni zatrudnieni są w globalnych firmach, choćby handlowych.

Ulica Nankińska, ale oczywiście nie tylko ona, pełna jest sklepów znanych światowych marek, często bardzo drogich. Firmówki Rolexa, Omegi, Prady, Burberry’ego, Apple’a, H&M, New Balance’a, Pumy, Nike’a, Adidasa i wielu innych mniej, lub bardziej prestiżowych marek. Światowe restauracje, jadłodajnie i kawiarnie – Szanghaj nie mógłby się obyć bez McDonald’sa, KFC, Burger Kinga, Starbucksa, czy Costy. I jak McDonald’s, czy KFC mają ceny sensowne, tak za kawę Costa albo Starbucksie zapłacić trzeba niemało. Przykładowo – najtańsza kawa w Costa Coffee, to mała Americana za 24 juany (ok. 14,5 zł). Kawy duże kosztują od 30 do 40 juanów (18-24 zł). Jak na chińskie warunki – drogo. Goły croissant oznacza konieczność wydania 14 juanów (ok. 8,5 zł), ale lepiej wybrać takiego z migdałami za 15 juanów. Na życzenie podadzą Wam je na ciepło, z czego warto skorzystać. Inne ciastowate słodkości oznaczają wydatek nawet 28 juanów (ok. 17 zł).

Zajrzeliśmy też na Starówce do kawiarni z sieci Häagen-Dazs. Jest jeszcze droższa, niż Costa, czy Starbucks, ale za to i w wynalazki bogata. Kumpel zamówił kawę latte o smaku zielonej herbaty. Wyglądała imponująco, twierdził też, że była znakomita w smaku. Cen już nie pamiętam, ale tanio naprawdę nie było. Häagen-Dazs oferuje też lody, ciasta i herbaty, a wszystko to wygląda naprawdę apetycznie. Ale powtarzam – ceny są wysokie.

Za konkretny posiłek w dobrej (acz nie wykwintnej) restauracji, na przykład danie mięsne plus chińskie pierożki (polecam!) i piwo zapłacić trzeba jakieś 70-80 juanów (ok. 40-50 zł). Bez trudu oczywiście da się zjeść taniej. Wspomniane danie plus pierożki nie zmieściło mi się w żołądku, niestety – można się więc najeść. Już same pierożki by wystarczyły. Można je zamówić z różnymi farszami. Ja zdecydowałem się na dość tradycyjny – wieprzowina z grzybami – ale można je mieć choćby z paluszkami krabowymi, z wołowiną, z różnymi kombinacjami mięs i roślin. Zawsze jednak warto tych pierożków spróbować, bo są naprawdę wyśmienite. Mi trochę przypominają pielmieni, zarówno co do formy, jak i co do treści. Gotuje się je ze świeżym farszem, z którego w czasie gotowania uwalnia się bulionik, trzeba więc uważać przy rozgryzaniu. Ale zapewniam Was – niebo w gębie! W restauracji, w której je jedliśmy, kosztowały – o ile mnie pamięć nie myli – w granicach 20-30 juanów (ok. 12-18 zł) i dla mniej wygłodniałych w zupełności wystarczą za pełnowartościowy posiłek. Kumpel z żoną wzięli jedną porcję na spółkę (plus dania mięsne), ja jedną porcję dla siebie, też po daniu mięsnym. I nie dałem rady zjeść wszystkich!

Ale jedliśmy też po europejsku. Podczas targów Auto Shanghai zajrzeliśmy do firmówki Paulanera i tam zamówiliśmy dla każdego Wiener Schnitzel i do tego po piwie Paulaner oczywiście. Jedzenie było tańsze od piwa! I było to chyba najdroższe piwo, jakie piliśmy w życiu! Wyceniono je na 80 juanów za pół litra, a to równowartość jakichś 48 złotych! Wiener Schnitzel kosztował 68 juanów. Stówa (w złotówkach) za posiłek! Ale co tam – co dziada udawać, kiedy się poprawiło, jak mawia mój kolega.

Co jeszcze zobaczyliśmy w Szanghaju, jeśli chodzi o atrakcje turystyczne? Obok świątyni Long Hua i stojącej przy niej pagody jest park z Cmentarzem Męczenników. Łatwo go poznać po niebieskiej szklanej piramidzie mieszczącej muzeum poświęcone pomordowanym w Szanghaju komunistom (Longhua Martyr Memorial Hall; 龙华烈士纪念馆). I choć dziś popularna jest retoryka, w oparciu o którą można byłoby powiedzieć „i dobrze”, to ja jestem zdania, że pozbawianie kogoś życia w imieniu ideologii jest po prostu zbrodnią. I dotyczy to wszystkich. Także zwyrodnialców systemów socjalistycznych, którzy męczyli i mordowali swoich przeciwników ideologicznych. Możemy, a nawet powinniśmy się różnić, ale nie wolno nikomu iść za daleko w nękaniu inaczej myślących. No, chyba, że są to wielbiciele Škód i Volkswagenów… ;-)

Park z Cmentarzem Męczenników jest zadbany, jak praktycznie każde miejsce publiczne w Szanghaju. Przyjemnie się tam spaceruje, przyjemnie oddycha. A w jednej z publicznych toalet (wszystkie takie przybytki, z jakich zdarzyło nam się korzystać, są bezpłatne!) w umywalce dostrzegliśmy malutkiego gekona. Szanghaj ewidentnie żyje w zgodzie z naturą – to się potwierdziło po raz kolejny w czasie naszego tam pobytu ;-)

Odwiedziliśmy też rezydencję Sun Jat-sena. Nie, żebym był jakoś szczególnie zafascynowany chińskim socjalizmem, ale po prostu byliśmy w pobliżu, a o miejscu tym wspomina nawet przewodnik Michelin. No i rezydencja owa znajduje się na terenie dawnej koncesji francuskiej, więc sami rozumiecie ;-) Kim był Sun Jat-sen? Teoretykiem wspomnianego chińskiego socjalizmu i pierwszym, tymczasowym prezydentem Republiki Chińskiej. Uchodzi za jednego z najważniejszych przywódców Chin XX wieku. Jego imię jest umieszczone w preambule chińskiej konstytucji, acz nie powiem, bym ją czytał ;-)

A teraz ciekawostka. Chińczycy nie używają zeuropeizowanego nazwiska Sun Jat-sen, ale Sūn Zhōngshān. A taką nazwę nosi ulica wiodąca wzdłuż Bundu – wspominałem o tym w pierwszym artykule poświęconym Szanghajowi. W wielu chińskich miastach są ulice, z reguły te ważne, poświęcone Sun Jat-senowi.

Skoro więc tego człowieka darzy się taką atencją, czyż mogliśmy nie odwiedzić jego rezydencji? Zwłaszcza, że bilet wejściowy tam kosztuje zaledwie 10 juanów (ok. 6 zł). Żadna kasa, a przynajmniej zaliczyliśmy to miejsce. W samej willi nie wolno robić zdjęć, ale jedną fotkę zrobiona na zewnątrz domu i jedną przy pomniku Sun Jat-sena prezentuję w galerii poniżej. Co ciekawe przewodnik Michelin pokazuje zupełnie inne zdjęcie przy opisie rezydencji Sun Jat-sena.

Linią metra nr 16 pojechaliśmy też poza Szanghaj. Niektóre mapki dostępne w Internecie nawet jeszcze tej linii nie uwzględniają. My jednak wiedzieliśmy, że taka linia istnieje i skorzystaliśmy z niej. Jest długa, jedzie się nią ze stacji Longyang Road na drugi koniec bitą godzinę, a może nawet lepiej. Linia nr 16 wiedzie głównie estakadą, trochę po podwyższonym nasypie, a tylko bodajże dwukrotnie zjeżdża pod ziemię i trzeci raz czyni do dojeżdżając do stacji końcowej Dishui Lake. Położona jest na południowy wschód od Szanghaju. Po co tam pojechaliśmy?

Chcieliśmy się znaleźć nad Morzem Żółtym, a więc de facto nad Oceanem Spokojnym. Wahaliśmy się nad różnymi destynacjami, m.in. nad bliższą i łatwiejszą w osiągnięciu końcówką 6. linii metra. Tyle, że wówczas znaleźlibyśmy się jednak nie tyle nad morzem/oceanem, co u ujścia rzeki Jangcy, przy wyspie Changxing. Dlatego wybraliśmy właśnie południowy wschód. No i mogliśmy obejrzeć jezioro Dishui. Podejrzanie okrągłe. Co szybko się wyjaśniło – to jezioro sztuczne! A ma ze dwa i pół kilometra średnicy i powierzchnię 5,66 km². Spore, prawda? Jak na sztuczny zbiornik, rzeczywiście niemałe. Co więcej – jest zasilane przez… sztuczną rzekę. To znaczy rzeka jest prawdziwa, ale poprowadzona przez człowieka.

Jezioro Dishui powstało raptem 15 lat temu. Powoli staje się ośrodkiem wypoczynkowym, gdzie miłośnicy sportów wodnych, ale i przejażdżek rowerowych, poczują się jak ryba w wodzie. Potężny pas lądu oddziela jezioro od morza. Na tym lądzie już są dwie obwodnice, a trzecia jest w trakcie budowy. Są wszystkie instalacje (wodno-sanitarna, elektryczna, gazowa, telekomunikacyjna). Zbudowano nie tylko drogi, ale i szerokie chodniki. Oczywiście jest mnóstwo zieleni. Za parę lat na tym terenie będzie na pewno mnóstwo hoteli i ośrodków turystycznych. Teraz jest ich kilka, może kilkanaście. Prace wciąż trwają, buduje się tam trochę, a zbuduje jeszcze dużo więcej.

Wspominałem wcześniej o pustych miastach, z jakimi mamy do czynienia w Chinach. To się może wydawać dziwne z naszej perspektywy, ale oni po prostu myślą inaczej. Owszem, to także efekt boomu inwestycyjnego i budowlanego. Jest potrzeba budowania, więc się buduje, na pozór nie patrząc nawet, czy to ma sens. Z drugiej jednak strony Chińczycy patrzą bardzo perspektywicznie. Tworzą coś z wizją o wiele dalszą, niż rok, dwa, czy nawet pięć. Tak, jak to jezioro i potężny pas lądu oddzielającego go od morza. Budują drogi pośrodku niczego uzbrajają teren, przygotowują się pod przyszłe inwestycje. I to działa! Jestem pewien, że za dziesięć lat wokół jeziora Dishui ciężko będzie znaleźć działkę, na której będzie można coś jeszcze zbudować.

Dziś te okolice świecą pustkami. Niewielu jest tam ludzi poza robotnikami budowlanymi. Wielu z nich dziwnie na nas patrzyło – nie dość, że biali, to jeszcze na takim odludziu. W dodatku szliśmy na piechotę (w jedną stronę), bo warto czasem popracować nad zrzuceniem kilogramów ;-) Pogoda była piękna, świeciło słoneczko, opaliliśmy się trochę. Ale po dotarciu w okolice hotelu Holiday Inn, kiedy zrobiliśmy naprawdę sporo kilometrów, postanowiliśmy wrócić na drugi koniec jeziora autobusem. Tak – mimo, że ludzi tam niewiele, to już działa linia autobusowa! Przejazd znad Morza Żółtego do stacji metra kosztuje tylko 2 juany i działa oczywiście karta SPTC. A autobus jeżdżący na tej linii ma napęd elektryczny!

Morze Żółte faktycznie jest żółte. To efekt nanosów z rzek do niego wpadających, głównie Żółtej Rzeki (Huang He) niosącej namuły lessowe. Niestety nad sam brzeg morski zejść nam się nie udało – Chińczycy postawili potężną betonową konstrukcję, która skutecznie do tego zniechęca. Żałowaliśmy, ale cóż było robić? Popatrzyliśmy więc na Morze Żółte z odległości kilkudziesięciu metrów. Ale nie tylko na Morze Żółte…

Z miejsca, w którym nad morze dotarliśmy, widać imponujący Donghai Bridge 东海大桥. Prowadzi drogę ekspresową S2 Hu Lu na wyspy Dawugui i Xiaoyang. Ta druga, większa, to spory port kontenerowy – zajmuje on cały południowo-zachodni skraj wyspy, a to dłuższy jej kraniec. Myślę, że możemy spokojnie zaryzykować stwierdzenie, iż port z powierzchniami przeznaczonymi na ładunki zajmuje połowę powierzchni wyspy Xiaoyang. Nic więc dziwnego, że wyspę połączono ze stałym lądem mostem nad morską tonią.

Sam most mierzy 32,5 km długości, a najwyższy jego element wznosi się na 159 metrów nad poziomem morza. Długi? Owszem, długi, ale nie najdłuższy w Chinach! To miano należy się o ok. 10 km dłuższemu obiektowi Qingdao Haiwan nad zatoką Jiaozhou, jakieś 500 km (w prostej linii) na południowy wschód od Pekinu. Ów najdłuższy most Chin i świata budowano raptem przez cztery lata, a koszt budowy przekroczył 1,5 miliarda dolarów amerykańskich.

Most Donghai Bridge, który widzieliśmy, jest krótszy, ale nie mniej imponujący. Mogą pod nim przepływać duże statki, a w pobliżu tego obiektu zlokalizowano sporo wiatraków – Chiny dość mocno przechodzą na korzystanie z odnawialnych źródeł energii. Stąd liczne elektrownie wiatrowe i wodne, w tym największa na świecie w Tamie Trzech Przełomów. Chiny w ogóle mają sporo obiektów „naj”. Szanghaj jest największym miastem świata, ma największe metro na świecie, w Chinach mają najdłuższy most, największą tamę i największy Wielki Mur ;-)

Mam wrażenie, że w tym kraju nie ma rzeczy niemożliwych. Przedstawiając jakikolwiek projekt na pewno nie usłyszycie tam słów „tego nie da się zrobić”, a co najwyżej pytanie „na kiedy ma być gotowe?”. Chińczycy, to naród bardzo pracowity. Pracują szybko i wydajnie. Tak sobie myślę patrząc na remontowaną od paru już miesięcy może 30-metrową uliczkę w moim mieście. Wymieniają tam kostkę granitową na zwykłą, a że droga ma duży spadek, więc układają tę kostkę „trójwymiarowo” – jeden pasek wyżej, drugi niżej. I tak na zmianę. Walczą z tym co najmniej dwa miesiące, może trzy, i końca nie widać. Mam wrażenie, że Chińczycy zrobiliby to w dwa-trzy dni. Może jednak trzeba było budować ten socjalizm jeszcze przez kilkanaście lat?… ;-)

Państwo chińskie jest niby socjalistyczne, ale takiego kapitalizmu, jak tam, nie widziałem nigdy. Może w Stanach jest podobny kapitalizm – nie wiem, nie byłem, nie wybieram się. Nie jest to kierunek przeze mnie preferowany, tak jak Bugatti Veyron, czy Chiron nie są dla mnie nawet cieniem obiektów pożądania. Wschód wydaje się o wiele bardziej fascynujący. Może też dlatego, że Stany kojarzą mi się z grubymi babami w legginsach, a Szanghaj jest pełny szczupłych dziewczyn w sukienkach. A to – jak dla mnie – jest bardziej apetyczny widok. Szczupłe dziewczyny na szczupłych nóżkach prezentują się o wiele lepiej, niż grube dupska zwisające ze stołków w amerykańskich fast foodach.

Tak, Chińczycy, to naród ciągle szczupły. Zdarzają się osoby tęższe, grube nawet, ale jest ich tam jeszcze stosunkowo niewiele. Znakomita dieta, uwielbienie aktywności fizycznej, a do tego kult pracy sprawiają, że otyłość tam niemal nie istnieje. W efekcie zapewne nie mają wielu chorób cywilizacyjnych powszechnych na Zachodzie. Popatrzcie, jak Polacy wyglądali jeszcze 30-40 lat temu, a jak wyglądamy dziś. Sam przez wiele lat miałem taki metabolizm, że ile bym nie zjadł i co by to nie było – byłem przeraźliwie chudy! Mając 181 cm wzrostu ważyłem 67 kg i to w wieku 25 lat, kiedy się żeniłem. I nie tyle przytyłem od małżeństwa, co od zmiany pracy i związanej z tym zmianie diety. Pojawiło się w niej sporo fast foodów, bo pracowałem dużo i jadłem niezdrowo. I w ciągu dosłownie pół roku przytyłem o dobrych 20%! A potem doszły kolejne kilogramy i dziś ważę koło 95 kg.

Chińczycy też rosną. W powszechnym odbiorze to kraj ludzi niskich. Na prowincji jeszcze się to sprawdza, ale w wielkich miastach, wśród których królują Szanghaj i Pekin, ale milionowych metropolii jest tam naprawdę dużo, Chińczycy są już często wysocy. Mężczyźni o wzroście rzędu 180 cm i wyższym wcale nie są rzadkością. 170-centymetrow i wyższe kobiety też spotyka się często. I wcale nie mam tu na myśli hostess, jakie towarzyszyły samochodom na targach Auto Shanghai.

Faceci z kolei bywają dość przystojni – to opinia żony kolegi. Muszę jej zresztą przyznać rację starając się być obiektywnym – Chińczycy mogą się podobać. Zwłaszcza ci z młodego pokolenia – wysocy, o szczupłych, wysportowanych sylwetkach, z oczami emanującymi inteligentnym spojrzeniem. A jeśli chodzi o dziewczyny, to moim zdaniem Szanghaj jest ładniejszy od Pekinu. Tu łatwiej spotkać atrakcyjną dziewczynę, aniżeli w stolicy.

O modzie wypowiadać się nie podejmuję, ale trzeba przyznać, że Szanghaj jest światowym miastem pod tym względem. Tu spotkacie ludzi ubranych na najróżniejsze sposoby. Tu każdy ma swój styl i nie jest to zupełnie niczym dziwnym. Nic nikogo nie dziwi, nic nie wzbudza zdziwienia. Oczywiście ludzie pracujący w wielkich firmach, w biurowcach, ubierają się do pracy w sposób odpowiedni. Mężczyźni wbijają się w garnitury, kobiety w kostiumy, garsonki, czy sukienki. Światowy standard. Ale nader często nawet do dość eleganckiego stroju zakłada się tu buty sportowe. Oczywiście nie te krzykliwe modele, ale raczej fasony stonowane, jednakże półbuty wcale nie są elementem obowiązkowym przy garniturze na przykład.

Jeśli chodzi o buty sportowe, to potwierdza się to, co widziałem w Pekinie – królują trzy marki: Adidas, Nike i New Balance. Puma jest spotykana rzadko, Reebok również. I potwierdzam również kwestię cen – obuwie sportowe zaczyna się cenowo w miejscu, gdzie w Polsce się kończy. To dobre uogólnienie. Para sportowych butów dobrej marki, to wydatek rzędu 1.000 juanów (ok. 600 zł), acz czasem można trafić na promocje i wyprzedaże – wówczas cena spada do 600-700 juanów (ok. 360-420 zł). Mimo to Chińczycy kupują takie buty powszechnie, również dzieciom.

Niektórzy – i to nie tylko panie – noszą buty z dość odpustowymi, jakbym to nazwał w Polsce, zdobieniami. To najróżniejsze perełki, kuleczki, łańcuszki itp., co zdobieniami nazwałem tylko z braku lepszego słowa. Nie istnieje wszak określenie „zbrzydzenia” ;-) Nam się to nie podobało, ale najwyraźniej są kręgi, w których to się podoba, a może nawet jest wyznacznikiem czegoś. Czego? Braku gustu na przykład? Nie – tam może to być właśnie wyznacznik statusu, albo cholera wie, czego. Nikt, poza nami, nie przyglądał się takim butom z niesmakiem ;-) Pewnie jesteśmy nietolerancyjni ;-)

Na pewno jesteśmy! Nie podobało nam się bowiem wszelkiego rodzaju charkanie, spluwanie, czy ziewanie bez zakrywania ust. Inna kultura. Tam jest to normalne, ale musicie być tego świadomi, jeśli zdecydujecie się kiedyś do Chin wybrać. Nas, Europejczyków, może to razić, w Chinach jest czymś naturalnym. Towarzyszący mi kolega i jego żona, związani z branżą stomatologiczną, zwrócili jednak uwagę, że Chińczycy mają zdrowe zęby. Nie zawsze idealne ortodontycznie, ale zdrowe.

Ciekawie wyglądają rusztowania. Są dość powszechnie wykorzystywane, bo Szanghaj się buduje, remontuje, odnawia. Rusztowania robi się tam z bambusa, a wiąże się je ze sobą drutem. I jakoś się to trzyma. Może dlatego tak szybko posuwają się u nich prace remontowo-budowlane? ;-) Na początku mnie to trochę dziwiło. Nie tyle wykorzystanie bambusa, bo to znakomity materiał, ale te druciane wiązania. Potem jednak stwierdziłem – lepiej, że wykorzystują drut w ten sposób, niż do druciarskich remontów samochodów.

Szanghaj, to bogate miasto. Pewnie spora część jego mieszkańców też dodatnio wyróżnia się pod względem posiadania na tle przeciętnych Chińczyków. Ale to pewnie nie jest jedyna przyczyna tego, że szanghajskimi ulicami jeździ bardzo dużo nowych samochodów. Podejrzewam, że średnia wieku tamtejszych aut osobowych jest o połowę niższa, niż w Polsce. Sądzę, że posiadanie nowego lub prawie nowego samochodu znacząco podnosi prestiż. Może to być samochód chińskiej marki, które – nie bójmy się tego napisać – z roku na rok coraz bardziej skracają dystans dzielący je od europejskich, czy azjatyckich aut. Tam jednak prestiż zapewnia nowy samochód, a nie kilkunastoletni, byle niemiecki, jak u nas.

Szanghaj motoryzacją stoi. Nie widać tam nie tylko druciarstwa starych aut (bo takowych praktycznie nie ma), w przeciwieństwie do jednośladów. Małe warsztaty, w których można naprawić rower, motorower, czy skuter, znajdują się niemal na każdej ulicy. Dosłownie – na ulicy. To mała wnęka przywodząca na myśl ciemną graciarnię półtora metra na dwa i naprawy wykonywane na chodniku. Druciarstwo dotyczy jednośladów, bardzo licznych w Chinach. Samochód musi być nowy.

Co więcej – praktycznie nie widzieliśmy aut uszkodzonych. U nas mniejsze, czy większe uszkodzenia, wgniecenia, zarysowania ma mnóstwo samochodów. Wiele aut jeżdżących po Polsce nosi ślady rdzy. Na szanghajskich ulicach tego nie widać. Co więcej – samochody generalnie są czyste. Wprawdzie „mobilnych myjni” (Chińczyk, wiaderka z wodą, jakieś szmaty i gąbki, miejsce na ulicy), jakie widać w Pekinie, tu prawie nie spotkaliśmy, ale jedno ze zdjęć w galerii prezentuje Peugeota 508 w myjni już „z prawdziwego zdarzenia” ;-)

Co do samochodów. Szanghaj, w przeciwieństwie do Pekinu, samochodami francuskimi nie epatuje. Miałem wrażenie, że w chińskiej stolicy jest nie tylko dużo więcej aut francuskich, ale też że jeżdżą tam samochody droższe. A przecież to Szanghaj jest gospodarczą stolicą Chin, oczekiwałem więc, że to tu zostanę olśniony drogimi autami. Owszem, widuje się tu sporo Maserati, trafiliśmy też na pojedyncze Bentleye, czy Rolls-Royce’y, jeździ sporo Tesli (w tym crossovery tej marki, czyli Tesla X), ale tak naprawdę królują Audi i Volkswageny. Te drugie często w roli taksówek. I są to starsze modele w przeciwieństwie do Audi, nowych lub prawie nowych. Trudno zresztą zgadnąć, tak są do siebie podobne ;-)

Na ulicach Szanghaju mało jest samochodów niedużych, które zakwalifikowalibyśmy do segmentów A i B. Na jednym ze zdjęć pokazuję Wam model marki BYD, jakże podobny do trojaczków z Kolina. I jak w Pekinie tego typu samochodziki spotyka się jeszcze w miarę często, tak w Szanghaju jest ich jak na lekarstwo. Najwyraźniej mieszkańcy tego miasta wolą samochody duże. Które – w przypadku bogatych Chińczyków – nierzadko prowadzi zatrudniony kierowca, a właściciel auta siedzi z tyłu. Rozpieszczany przez wyposażenie dostępne choćby w chińskim Citroënie C6.

Szanghaj, to wielka światowa metropolia. Pekin jest bardziej swojski, bardziej chiński. Też jest ogromnym miastem, ale czuć w nim ducha tysiącleci rozwoju chińskiej cywilizacji. Szanghaj, to ogromne miasto, niepozbawione oczywiście całej tej spuścizny, ale jednak nowoczesne, w którym XXI wiek odbija się o wiele wyraźniej, aniżeli w Pekinie. Nie zmienia to faktu, że oba te miasta warto odwiedzić. Każde powinno Was zachwycić w odmienny sposób. Na mnie wrażenie zrobił i Pekin, i Szanghaj, i gdybym miał wskazać, które jest ciekawsze, to chyba bym nie potrafił. Mam jednak nadzieję, że do obu dane mi będzie powrócić. Wszak w przyszłym roku znowu będzie salon samochodowy w Pekinie, a za dwa lata swoją wielką motoryzacyjną imprezę znów zorganizuje Szanghaj.

 

 

tekst i zdjęcia: Krzysztof Gregorczyk

Galeria

Dodaj komentarz

2 komentarzy do "Szanghaj – Paryż Wschodu (cz. III)"

Powiadom o
avatar
 
smilegrinwinkmrgreenneutraltwistedarrowshockunamusedcooleviloopsrazzrollcryeeklolmadsadexclamationquestionideahmmbegwhewchucklesillyenvyshutmouth
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
pawelhks
Gość

Panie Krzysztofie,
swietnie Pan pisze o Chinach. Nigdy tam nie bylem, nie wybieram sie raczej, ale przyjemnie sie czyta Pana relacje.
„Wahaliśmy się nad różnymi destylacjami” – niby mala literowka, ale wlasnie: czy Chinczycy (z Szanghaju) maja ciag do alkoholu? Czy widuje sie na ulicach pijanych?
Polska to taki piekny kraj, nie moge przestac sie Polska fascynowac, ale jak widze zataczajacych sie na ulicach, lub co gorsze piwoszy pod sklepami to mnie targa.
I jeszcze jak ktos smieci bez sensu – dzis przy wjezdzie do krakowa, centralnie na dwupasmowce, kierowca bemewe na berlinskich numerachwyrzucil skorke od banana przez szybe na srodek ulicy.

wpDiscuz