Po czternastu godzinach podróży w końcu pojawia się pod nami Ameryka Południowa. Samolot powoli obniża lot nad gigantyczną metropolią – São Paulo. Z okna widać niekończące się morze budynków i dróg, a ja mam wrażenie, że to miasto właściwie nie ma granic.
To dopiero pierwszy przystanek. Za chwilę jeszcze jedna przesiadka i ruszam dalej – do Buenos Aires, które będzie moją bazą na najbliższe dni. Podróż była długa, ale zaskakująco spokojna. Leciałam Boeingiem 747 – jednym z tych samolotów, które robią na mnie ogromne wrażenie. Nawet jeśli człowiek spędza w nim kilkanaście godzin, to trudno nie pomyśleć, że to wciąż jeden z najbardziej charakterystycznych symboli lotnictwa. Na zdjęciu, które widzicie wyżej, stoi właśnie mój Jumbo Jet, którym pokonaliśmy większość drogi na południową półkulę.

Pierwsze wrażenie po lądowaniu? Skala. São Paulo jest ogromne, chaotyczne i pełne energii – dokładnie takie, jak wyobrażałam sobie Amerykę Południową. Lotnisko żyje własnym rytmem, a w powietrzu czuć mieszankę języków, kultur i podróżnych zmierzających w najróżniejsze zakątki kontynentu.
Ja za chwilę ruszam dalej. Buenos Aires czeka, a razem z nim pierwsze spotkania, pierwsze salony samochodowe i pierwsze jazdy testowe. Bardzo jestem ciekawa, jak w rzeczywistości wyglądają modele Renault i Stellantis przygotowane dla tego rynku.

Przede mną jeszcze jeden lot – na szczęście już dużo krótszy. A potem zacznie się prawdziwa motoryzacyjna część tej wyprawy.
Interesuje Cię ciąg dalszy tej wyprawy?
Mamy dla Was kolejne relacje:
Chcesz wiedzieć co było wcześniej?
- O moich planach przeczytacie w zapowiedzi naszej wyprawy tutaj.








