Wszystko zaczęło się od… kartki papieru. W 1936 roku Pierre-Jules Boulanger, szef Citroëna, napisał ręcznie coś, co brzmiało bardziej jak fragment powieści Émila Zoli niż jak notatka z działu badań i rozwoju: „Zaprojektujcie samochód, który przewiezie rolników w kapeluszach i sabotach, 50 kilo ziemniaków, jajek albo beczkę wina, z prędkością 60 km/h i spalaniem 3 litry na 100 km.” Tak, to już 77 lat od premiery kaczki. Wróćmy jednak do jej początków.
Historia z jajkami brzmi jak żart? Nie – to był manifest. Francja wiejska chciała się wreszcie ruszyć. Chciała wsiąść do samochodu, który zastąpi konia, ale nie zdradzi jego ducha. I tak zaczęła się historia 2CV – auta, które stało się nie tylko środkiem transportu, ale ideą wolności.

Boulanger był człowiekiem praktycznym. Zamiast wymyślać, postanowił zapytać:
– „Czy posiada pan samochód?”
– „Nie.”
I ten „nie” był głośniejszy niż tysiąc sloganów reklamowych. Rolnicy z Bretanii, Owernii czy Prowansji nie chcieli luksusu. Chcieli czegoś, co ruszy w pole po deszczu, przewiezie ziemniaki, jaja i teściową – i nie zepsuje się po drodze.

Tak powstał projekt TPV – Toute Petite Voiture, czyli „bardzo mały samochód”. Nazwa skromna, ale pomysł rewolucyjny. Prace trwały latami – wojna wszystko opóźniła, a z 250 prototypów z 1939 roku przetrwało zaledwie kilka. Niemcy szukali, Francuzi ukrywali – legendy głoszą, że niektóre schowano na strychu i odnaleziono dopiero dekady później. Dziś stoją jak relikwie w Conservatoire Citroën.
Boulanger miał też swój słynny test: jeśli podczas jazdy próbnej spadł mu kapelusz – projekt do kosza. Nie dlatego, że był pedantem, ale dlatego, że 2CV miało być samochodem dla tych, którzy kapelusza nie zdejmują – nawet za kierownicą.

A potem przyszedł 7 października 1948 i Salon Samochodowy w Paryżu. Było dużo śmiechu. Wielu ludzi wybrzydzało. „To ma być samochód? Przecież to wygląda jak puszka po konserwach na kołach!” – kpili. Mieli przed sobą dwucylindrowy silniczek 375 cm³, który brzmiał jak mikser, i okna, które otwierało się… do góry. Ale kiedy oni się śmiali, tłumy Francuzów a potem Europejczyków a w końcu nacji całego świata ustawiały się w kolejki do salonów Citroëna.
Na 2CV czekało się latami. A każdy, kto ją dostał, traktował jak członka rodziny – trochę hałaśliwego, trochę niezdarnego, ale niezniszczalnego.
Za jej sukcesem stali ludzie z duszą: Flaminio Bertoni, włoski rzeźbiarz, który nie rysował, tylko rzeźbił samochód z gliny; Walter Becchia, który sprawił, że mały silnik był twardszy niż muł; i André Lefebvre, wizjoner, który powiedział jedno: „2CV ma być towarzyszem życia.”
I był. Dla rolników, studentów, hipisów, księży, listonoszy i zakochanych. Bo 2CV nie był autem dla bogatych – był autem dla wolnych.









