Kierowcy mają już dość – i to nie jest żadna niespodzianka. Nowe auta, które producenci każą nam kupować, coraz częściej przypominają statki kosmiczne pełne elektroniki, a nie proste samochody do codziennego użytku. Klienci narzekają na drogie naprawy, wieczne aktualizacje oprogramowania i uciążliwe kampanie serwisowe.
„Chcemy prostych i tanich aut, a nie komputerów na kołach”.
Moda na elektryki też nie przekonała mas. Owszem, samochody na prąd są ciche i nowoczesne, ale kosztują fortunę, ważą po dwie tony i mają mniej zasięgu niż obiecuje reklama. A do tego dochodzą problemy z ładowaniem i faktem, że wcale nie są tak ekologiczne, jak się je przedstawia. Szerokie opony, większe zużycie klocków hamulcowych, ślady na środowisku przy produkcji baterii – to wszystko sprawia, że rachunek się nie zgadza.
Problemy gigantycznego przemysłu
Europejscy producenci wpadają w coraz większe tarapaty. Sprzedaż spada, fabryki ograniczają produkcję, a podwykonawcy i dostawcy drżą o przyszłość. Tymczasem z Chin płyną statki pełne tanich samochodów elektrycznych, które bezlitośnie rozjeżdżają europejski rynek. Nawet w Szwecji, która uchodzi za wzór elektromobilności, ostatnio odnotowano rekordowe poziomy zanieczyszczeń powietrza. To dowód, że samochody elektryczne nie są magicznym lekarstwem na wszystko.
Europejska porażka?
Coraz częściej słychać głosy, że tak naprawdę mamy do czynienia z europejską porażką – elektryczna rewolucja okazuje się eksperymentem, którego reszta świata wcale nie chce powtarzać. A żeby ukryć własne błędy, Bruksela dokłada kolejne przepisy i podatki, które mają dobić auta spalinowe i uczynić je równie nieopłacalnymi jak elektryki. Tymczasem po drogach Europy nadal jeździ ćwierć miliarda samochodów z klasycznymi silnikami. I jeszcze długo będą jeździć. Nie stać nas na przesiadkę.
Paradoks? Najmniej szkodliwe dla środowiska w całym cyklu życia okazują się małe miejskie auta z lat 80. i 90. – lekkie, proste, niezawodne i tanie. A my mamy wierzyć, że ekologia zaczyna się od dwóch tonowego elektrycznego SUV-a z logo premium na masce.
Kto tu tak naprawdę robi ludziom wodę z mózgu?










