Francuski rząd po raz kolejny pokazuje, że pod hasłem „zielonej transformacji” można ukryć zwykłą fiskalną zachłanność. Od 1. stycznia 2026 roku nad Sekwaną zacznie obowiązywać nowy podatek od używanych samochodów, który uderzy głównie w klasę średnią – ludzi, którzy nie kupują nowych aut za 50 tysięcy euro, tylko porządne, kilkuletnie diesle i benzyny.
Pomysł jest prosty: każde auto uznane za „zbyt ciężkie” lub „zbyt emisyjne” zapłaci dodatkową opłatę przy każdej zmianie właściciela. Nie chodzi więc o fabrycznie nowe pojazdy, tylko o te, które już dawno zapłaciły wszystkie podatki, akcyzy i opłaty ekologiczne. Teraz mają zapłacić raz jeszcze – bo zmienił się klimat i potrzeby budżetu. Urzędnicy tłumaczą to troską o planetę, ale prawdziwy powód jest banalny: spada sprzedaż nowych samochodów, a więc maleją wpływy z dotychczasowych podatków. Zamiast ograniczyć wydatki lub poszukać rozsądnych rozwiązań, władza uznała, że łatwiej opodatkować tych, którzy próbują kupić coś używanego i wciąż sprawnego.
Nie ma znaczenia, że wielu Francuzów jeździ starszymi autami, bo po prostu nie stać ich na elektryka za 40 tysięcy euro. Nie ma znaczenia, że te samochody wciąż działają, zamiast trafić na złom i generować jeszcze większy ślad węglowy przy produkcji nowych. Liczy się jedno: każdy pretekst jest dobry, by sięgnąć głębiej do kieszeni obywateli. W efekcie osoby, które do tej pory dbały o swoje auta i przedłużały im życie, zostaną ukarane za rozsądek. Paradoksalnie – ten, kto niszczy samochód szybciej i częściej kupuje nowe, stanie się „ekologicznym bohaterem”.
Nowy podatek to nie narzędzie walki z emisjami, tylko narzędzie przetrwania budżetu. Francja już dopłaca miliardy euro do elektryków, których nikt nie chce kupować, i szuka desperacko pieniędzy, by sfinansować własne decyzje polityczne. Tak właśnie rodzi się kolejny absurd: SUV z 2015 roku stanie się luksusem, a jego właściciel – winowajcą klimatycznej katastrofy.
Tylko czekać, aż ten pomysł trafi do Polski. Bo jak coś jest głupie, ale przynosi pieniądze, to zawsze znajdzie się ktoś, kto powie: „A może i u nas by to wprowadzić?”






