Citroën, Peugeot, Renault… Czy jednak Francja wciąż stoi po stronie swojej branży motoryzacyjnej – czy też jest gotowa poświęcić jeden z ostatnich filarów swojego przemysłu? To pytanie coraz głośniej rozbrzmiewa w Paryżu i w Brukseli. Powodem jest spór o zakaz sprzedaży nowych samochodów spalinowych od 2035 roku.
Były minister Luc Chatel, dziś szef Plateforme Automobile (PFA), ostrzega, że decyzja Paryża, który wraz z Hiszpanią broni obecnych regulacji, może doprowadzić francuski przemysł samochodowy do katastrofy. „To nie jest kwestia bycia za czy przeciw 2035 roku – chodzi o to, by uniknąć zderzenia z murem” – podkreśla Chatel. Według niego, Europa wchodzi w fazę brutalnej konfrontacji między ambicjami politycznymi a realiami rynku. Udział aut elektrycznych w sprzedaży nowych samochodów wciąż nie przekracza 15%, a konsumenci – mimo dopłat – nie rzucili się masowo na modele zeroemisyjne. Tymczasem tysiące przedsiębiorstw, głównie małych i średnich, stoją na granicy przetrwania.

Chatel przypomina, że branża zainwestowała setki miliardów euro w elektryfikację, a jednocześnie cierpi z powodu gwałtownego spadku sprzedaży i konkurencji ze strony Chin. To tzw. potrójna kara: gigantyczne koszty, malejące wolumeny i ryzyko kar za emisje. Coraz więcej krajów Unii, w tym Polska, Niemcy i Włochy, opowiada się za rewizją celu 2035 roku i większą elastycznością – m.in. poprzez dopuszczenie paliw syntetycznych czy hybryd. Francja jednak, wbrew rosnącemu europejskiemu konsensusowi, utrzymuje twarde stanowisko.
Francuska motoryzacja – symbol innowacji i dumy narodowej – może stać się ofiarą politycznej ortodoksji. A pytanie „czy Francja wciąż wspiera swoją motoryzację?” to kwestia życia lub śmierci. Bo przemysł motoryzacyjny jest bardzo łatwo zabić – wiemy to także w Polsce, gdzie przed wojną samochody obciążano ogromną ilością podatków, przez co nasz kraj nie był w stanie tego przemysłu rozwinąć.










