Jeździcie poza granice naszego pięknego kraju? Ja dużo. Nie tylko testując samochody. I jest w moim w życiu pewien fenomen, którego nie da się opisać podręcznikami fizyki, biologii ani nawet tymi sprytnymi broszurkami o „psyche kierowcy XXI wieku”. Fenomen ten aktywuje się dokładnie w tym momencie, kiedy przekraczam granicę — jakąkolwiek, absolutnie dowolną. Czechy, Słowacja, Litwa, Niemcy — to nie ma znaczenia.
Wystarczy chwila! — i dokonuje się cud. Nagle, ni stąd, ni zowąd, człowiek za kierownicą staje się… kierowcą.
Przestaje siedzieć na czyimś zderzaku jak goryl alfa broniący bananów. Przestaje trąbić, jakby klakson był jego jedynym środkiem wyrazu emocjonalnego. I — o, Panie świeć nad nami — zaczyna przestrzegać ograniczeń prędkości! Jadę sobie przez te Niemcy czy Czech i patrzę: Polak metr pięćdziesiąt odstępu trzyma! Wyprzedza? Z kulturą! Wraca na swój pas? Bez gwałtu, bez ataku paniki, bez hazardu życia pasażerów i losowych saren. No proszę… czyli to jednak nie wina samochodu. To nie wina silnika. To nawet nie wina genów. To jakiś krajowy klimat musi nas tak szarpać.
Bo potem — wiadomo — wracam. Przejeżdżam granicę z powrotem i… trach! Jakby ktoś włączył tryb „dżungla narodowa”. Z kierowców w ciągu sekundy robią się pawiany po espresso. Poganianie światłami lub klaksonem na autostradzie, jest. Znaki drogowe przestają być literami — zmieniają się w hieroglify, których nikt już nie umie czytać. Ograniczenie do 50? To sugestia. Podwójna ciągła? To ozdoba. Czerwone światło? To świetna okazja, żeby przeskoczyć zanim inni zauważą. I człowiek patrzy, i patrzy, i zadaje to święte pytanie, na które nawet naukowcy nie umieją odpowiedzieć: „Gdybyśmy tylko mogli wiedzieć dlaczego…”
Dlaczego Polak za granicą to wzorowy obywatel, kwiat kultury jazdy, przykład europejskiej gracji drogowej…
a w Polsce – po pięciu minutach – zmienia się w przydrożną małpę bojową machającą kierownicą jak maczetą w amazońskiej dżungli? Czy to smog? Czy to znak „Witamy w Polsce” działa jak jakiś magiczny sygnał dźwiękowy, który resetuje neurony odpowiedzialne za rozsądek? Czy to może nasze drogi mają jakieś zaklęcie przywoławcze: „Przyjdź, chaosie, bo tęskniliśmy”? Ludzie mówią, że nie ma tajemnic na świecie — wszystko można wyjaśnić. Ale tej jednej rzeczy… tej jednej… nie rozgryzł jeszcze nikt.
Co ciekawe, te same zachowania dotyczą też naszej cudownej drogówki. Nigdzie nie widziałem takiego polowania na kierowców jak w Polsce. No po prostu nigdzie. Ale jedno muszę przyznać, że ostatnio przynajmniej niektórzy funkcjonariusze zachowują się jakoś tak przyjaźniej. Może to kwestia akcji edukacyjnej Audytu Obywatelskiego? Coś się powoli zmienia. Żeby jeszcze taki Audyt wziął się za kierowców?
Ludzie, na drodze naprawdę można być uprzejmym. Nie musisz być miły. Nie musisz się uśmiechać. Ale trochę uprzejmości i rozsądku polepszy naszą sytuację – wszystkich…










