Skończyły się dopłaty i rynek aut elektrycznych w Polsce od razu to odczuł. Firmy leasingowe mówią o mocnym spadku zainteresowania. Teraz zaczyna się prawdziwy test: czy elektryki obronią się bez publicznych pieniędzy? Moim zdaniem nie.
Program NaszEauto był jednym z głównych motorów sprzedaży samochodów elektrycznych. Dzięki dopłatom wielu klientów mogło wejść w leasing dużo łatwiej, bo wsparcie często pokrywało opłatę wstępną. W efekcie rata za elektryka stawała się zbliżona do raty za auto spalinowe. Kiedy budżet programu się skończył, rynek szybko ostygł. Firmy leasingowe już widzą mniej umów i mniej zapytań. To pokazuje, że dla wielu klientów dopłata była kluczowym argumentem przy zakupie.
Najmocniej zmiany mogą odczuć mikrofirmy i jednoosobowe działalności gospodarcze. To właśnie ta grupa najczęściej korzystała z programu i najmocniej patrzy na wysokość miesięcznej raty. Gdy elektryk bez dopłaty staje się wyraźnie droższy, decyzja o zakupie często trafia na później. Rynek ma jednak jeszcze jeden problem. Chodzi o używane elektryki, które mogą szybciej tracić na wartości. Technologia rozwija się bardzo szybko, nowe modele mają większe zasięgi, a klienci wolą nowsze auta. To ryzyko dla leasingodawców i ważny sygnał ostrzegawczy dla całej branży.
Dlatego 2026 rok może być rokiem prawdy dla elektromobilności w Polsce. Bez dopłat zostają już tylko twarde argumenty: cena, rata, ładowanie, koszty jazdy i realna opłacalność. Jeśli rynek to wytrzyma a producenci obniżą ceny, zyskają klienci. Jeśli nie, to auta na prąd w Polsce będą tylko niszą.
Nie dziwi mnie upadek rynku elektryków po zakończeniu dopłat. Wszędzie tam, gdzie pojawiają się subwencje, nie ma zdrowych zasad czystego rynku. I z tej perspektywy może dobrze, że dopłaty się skończyły. Zwłaszcza, że szły z naszych kieszeni.
Źródło: Związek Polskiego Leasingu, materiał ekspercki z 11 marca 2026 r.






