Wygląda na to, że dzisiaj dobrze by było mieć w domu dwa samochody. Spalinowy, bo oferuje zasięg, szybkie tankowanie i poczucie, że mamy do czynienia z prawdziwą motoryzacją i elektryczny, bo w przypadku taryf dynamicznych można go ładować w cenach ujemnych. Serio!
Samochód spalinowy ma się dobrze i na razie nie zniknie, ale zagrożeniem dla niego nie jest auto elektryczne a kryzys paliwowy, drugi, który obserwujemy w ciągu pięciu lat. Gdyby nie regulacja cen, którą wprowadził rząd, mielibyśmy gigantyczny problem z kosztami przemieszczania się i kłopoty w gospodarce. W tym kryzysowym czasie rośnie zainteresowanie elektrykami, szczególnie, że w sieci co i rusz czytamy historie o tym, że elektryka można w ciągu dnia ładować … już nawet nie za darmo, ale w cenach ujemnych, oczywiście o ile masz taryfę dynamiczną lub dostęp do ładowarki u osoby, która takową taryfą dysponuje.

Na czym to polega? Pobierając prąd w określonych godzinach (najczęściej w ciągu dnia, gdy jest nadprodukcja prądu) obniża się swój rachunek. Proste? Owszem. Oszczędzić można sporo, bo od kilkudziesięciu groszy do blisko 1,5 zł za kilowatogodzinę. Nic dziwnego, że ludzie potrafiący liczyć chcą mieć możliwość oszczędzania. Elektryków będzie więc przybywać.
Ale elektryk nie rozwiązuje wszystkich problemów. Nie jest idealny dla każdego, nie zawsze ma sens w trasie, nadal bywa drogi, a infrastruktura ładowania w wielu miejscach jest w zasadzie nieodstępna. Sam mieszkam na osiedlu, gdzie jedynym rozwiązaniem jest dla mnie puścić z okna przedłużacz a mój sąsiad toczy wojnę ze wspólnotą o zgodę na zainstalowanie ładowarki 11 kW. Od jakichś dwóch lat złośliwy zarząd mu nie pozwala. No ale prąd w domu czy w firmie to najlepszy sposób dzisiaj na ładowanie.

W idealnej sytuacji są osoby, które mają działkę, na której postawią panele czy turbinę wiatrową, bo mogą sobie stworzyć niejako wirtualną elektrownię i korzystając z rozwiązań niektórych operatorów energetycznych korzystać z owego prądu także w innej lokalizacji. Niedługo to opiszemy dokładniej
I warto zrozumieć, że popyt na auta elektryczne nie rośnie tylko dlatego, że ktoś lubi ciszę, przyspieszenie i ekran na desce rozdzielczej, tylko dlatego, że ludzie mają dość życia w rytmie komunikatów że ropa drożeje a cena paliwa znów powyżej psychologicznej granicy. Prąd możemy produkować w Polsce w dużych ilościach i to dość tanio.
Wszystko to brzmi pięknie, tylko pozostają koszty. Większość Polaków jeździ używanymi samochodami, połowa mieszka w miastach na osiedlach. Bez masowo dostępnych ładowarek i elastycznych rozwiązań prawnych to wszystko nie działa tak jak powinno i tyle…






