Citroën wrócił do motorsportu. I to od razu z sukcesami. Sam fakt, że marka z szewronami znowu wygrywa, jest miły, krzepiący i marketingowo nośny. Problem w tym, że kiedy człowiek odłoży na bok emocje, a weźmie do ręki mapę świata i tabelę sprzedaży, zaczyna się lekki dysonans poznawczy. Bo ja naprawdę nie rozumiem, dlaczego akurat Formuła E.
To prawda, Formuła E jest dziś chętnie oglądana. Szczególnie w Meksyku, gdzie wyścig w Mexico City bije rekordy oglądalności. Bardzo dobrze radzi sobie też w USA, gdzie seria w końcu dostała okno w dużych stacjach telewizyjnych. Do tego dochodzą Chiny, Japonia, Wielka Brytania, Niemcy i Brazylia – rynki, na których elektryczne bolidy ścigające się między betonowymi ścianami faktycznie budzą zainteresowanie.
I teraz kluczowe pytanie: co Citroën ma wspólnego z tymi rynkami? Bo jeśli spojrzymy uczciwie Citroëna nie ma w USA, Citroëna nie ma w Meksyku, czyli w największym dziś telewizyjnym rynku Formuły E, W Chinach marka funkcjonuje w cieniu lokalnych gigantów i polityki joint venture, w Japonii jest egzotycznym dodatkiem, a nie graczem. Czyli marka inwestuje poważne pieniądze w serię, która najgłośniej wybrzmiewa tam, gdzie… nie sprzedaje samochodów.
Oczywiście, ktoś powie: „ale chodzi o wizerunek, nowoczesność, elektromobilność, ESG”. Jasne. Tylko że wizerunek też musi mieć adresata. A Citroën – historycznie i dziś – jest marką europejską, mocno zakorzenioną we Francji, Europie Południowej, na pewno w Europie Środkowej (stali czytelnicy Francuskie.pl doskonale wiedzą, że Citroën rozpoczął się od Głowna, niedaleko Łodzi). To są rynki, gdzie Formuła E owszem istnieje, ale nie jest kulturowym punktem odniesienia. Tam emocje nadal budzi coś zupełnie innego. I tu dochodzimy do pytania, które naprawdę nie daje mi spokoju: dlaczego nie WRC?
Rajdowe Mistrzostwa Świata to naturalne środowisko Citroëna. Marka zbudowała tam legendę, zdobywała tytuły, wychowała całe pokolenia fanów. WRC ogląda się w Europie, w krajach, gdzie Citroën faktycznie sprzedaje samochody. Rajdy są bliskie ludziom, drogom, zwykłym kierowcom. Samochód rajdowy – nawet jeśli daleki od seryjnego – wciąż przypomina coś, co można spotkać pod domem. Pamiętacie Xsarę WRC i sukcesy Loeba? Ja tak!
A Formuła E? Dla mnie to jakiś futurystyczny spektakl w centrach miast, bardziej pokaz technologii niż sport z krwi i kości. Świetny dla producentów globalnych, którzy są obecni wszędzie – albo przynajmniej tam, gdzie FE bije rekordy. Ale Citroën? Marka, która przez dekady budowała swoją tożsamość na praktyczności, oryginalności i bliskości zwykłego użytkownika? Mam wrażenie, że ktoś tu bardzo chciał być „nowoczesny”, ale zapomniał zapytać: dla kogo. Bo sukces sportowy to jedno. Sens strategiczny – to zupełnie inna sprawa. A bez niego nawet wygrane wyścigi brzmią trochę jak echo w pustym garażu.
Może więc zamiast ścigać się tam, gdzie Citroëna nie ma, warto byłoby wrócić tam, gdzie kiedyś naprawdę był kimś?














