Nowy Citroën 2CV, którego wygląd poznamy wkrótce, nie może samochodem dla wszystkich, w którym nie zakocha się nikt. Idealna sytuacja to taka, w której trzydzieści osób powie, że jest świetny a trzydzieści będzie go krytykować. Powinien wywoływać emocje. Citroën postawił poprzeczkę bardzo wysoko.
Citroën 2CV niesie za sobą ogromny ładunek emocjonalny i legendę stworzoną przez całe pokolenia ludzi. Teraz marka chce na tym oprzeć swój powrót na rynek masowy. Pomysł jest znakomity, bo Citroën ma coś czego żaden chińczyk nie ma i mieć nie będzie nigdy, czyli właśnie ową historię, zakorzenienie, emocje. Tylko że Citroën musi też uwzględnić fakt, że nie mamy roku 1948, nie żyjemy w gospodarce niedoborów a sukces nowego modelu to także nowi nabywcy.
Nowy Citroën 2CV zachwycił dealerów na konwencji w Paryżu. To znaczy zachwyciło nadwozie, pokazywane jako jeden z projektów. Ich przekonano. Teraz czas przekonać publiczność a to wszystko już 12 października na najważniejszych targach motoryzacyjnych roku. Musi być pięknie, wyróżniająco się i niedrogo. Citroën to potrafi, z nowszych przykładów to Citroën C4 Cactus był takim modelem, w swojej pierwszej generacji, który przekonał rynek i do dzisiaj się wyróżnia.
W sferze napędu będziemy mieli stety lub niestety elektryka, bo tylko taki silnik i akumulator pozwala na dość swobodne operowanie nadwoziem. Gdyby Citroënowi udało się tam zmieścić klasyczny napęd, byłoby oczywiście lepiej, ale na to szanse są naprawdę niewielkie. A jak z elektryka uczynić produkt masowy? No cóż, Renault się udało z ich piątką, może uda się szewronom?
Chciałbym, aby po premierze, większość osób, które go zobaczy powiedziała „mój ci on, chce go natychmiast”. Citroën na to zasługuje. Wiem, że ten samochód nie może być ani zbyt prosty ani zbyt tandetny no i musi być jednak oparty na europejskim designie i europejskich oczekiwaniach a nie chińskich. Czy Stellantis się na to zdecyduje?






