Opel staje się coraz mniej niemiecki. Najpierw był mariaż z Francją, bo nowa Opel Frontera to przecież nic innego jak Citroën C3 Aircross – tylko mniej komfortowy, bardziej twardy i ubrany w charakterystyczny dla Opla garnitur. Z zewnątrz różnice są kosmetyczne, prawdziwe zmiany widać dopiero we wnętrzu i w detalach. Technicznie to jednak ten sam świat. Ale teraz sytuacja wchodzi na zupełnie nowy poziom.
Z wczorajszego komunikatu Stellantis dowiadujemy się, że przyszły elektryczny SUV Opla będzie w ogromnej mierze oparty na technologii chińskiego Leapmotor. Owszem, produkcja ma odbywać się w Europie, prawdopodobnie w Hiszpanii. Opel będzie mówił o niemieckim projektowaniu, europejskim dostrojeniu zawieszenia i lokalnej produkcji, jednak najważniejsze elementy samochodu elektrycznego – platforma, architektura elektroniczna, akumulator, oprogramowanie i cały technologiczny kręgosłup – będą pochodziły z Chin.

Czy więc Opel powoli staje się marką chińską? Nie formalnie, rzecz jasna. Nadal będzie niemieckie logo, niemieckie centrum projektowe i europejski marketing. Ale jeśli serce samochodu, jego najważniejsza technologia i know-how pochodzą z Chin, to czym właściwie staje się dziś marka samochodowa?
Wygląda na to, że logo Opel będzie po prostu czymś w rodzaju europejskiej nakładki na chińską technologię.
Niemiecki znaczek, chińskie wnętrze
Niemiecki znaczek na masce, europejska produkcja i chińskie auto pod spodem. Oczywiście, może być tak, że dla przeciętnego klienta nie będzie to miało większego znaczenia. Jest grupa osób, dla których samochód ma być tani, nowoczesny i mieć dobry zasięg, jakąś tam sieć serwisową. Koncern też będzie zadowolony, bo koszty opracowania nowego modelu dramatycznie spadają. Nie trzeba już latami rozwijać własnej platformy, własnych baterii czy własnej elektroniki. Wystarczy wziąć gotowe rozwiązania z Chin, zmienić nadwozie, dostroić kilka elementów i sprzedać całość pod europejską marką. Z punktu widzenia księgowego to wręcz genialne rozwiązanie.

Tylko, że w ten sposób Europa może krok po kroku oddawać własne kompetencje technologiczne. Stellantis ma udziały w Leapmotor i wspólną strukturę sprzedażową Leapmotor International, więc nie jest to klasyczne przejęcie europejskiej marki przez Chińczyków, ale trudno mieć jednak inne skojarzenia niż koń trojański. Do Chin idą główne przychody, to w Chinach rozwijane będą akumulatory, elektronika, oprogramowanie i platformy nowej generacji.
Opel to już nie Europa?
A Europa? Zaczyna pełnić rolę integratora, stylisty i właściciela logo. Trochę mało, by tworzyć większą wartość i w tym sensie Opel rzeczywiście może tracić swoją niemiecką tożsamość. Najważniejsza technologia przestaje być europejska.
To zresztą problem znacznie większy niż sam Opel. Jeszcze kilkanaście lat temu narodowość samochodu była stosunkowo prosta. Niemcy kojarzyli się z techniką i stabilnością, Francuzi z komfortem, Włosi z designem, Japończycy z niezawodnością a dzisiaj wszystko zaczyna się mieszać, marki tracą charakter, ale koncern chce mieć zyski tu i teraz, i ten problem go najwyraźniej nie obchodzi.
Z drugiej strony widać tu pewną niespójność, bo przecież Stellantis jednocześnie mówi przecież o odbudowie siły i charakteru swoich marek. Gilles Vidal, główny projektant, wielokrotnie podkreślał, że marki muszą odzyskać własną tożsamość i odrębność. Tylko jak budować unikalny charakter Opla, jeśli coraz większa część technologicznego DNA będzie pochodziła z tego samego chińskiego źródła? I czy przez przypadek Stellantis nie pójdzie dalej, te same rozwiązania trafią potem do Citroëna, Peugeot, DS…






