Polski kierowca to istota wyjątkowa. Nie dlatego, że kocha motoryzację — bo tę kochają wszyscy. Ale dlatego, że potrafi kupić samochód za 2 tysiące złotych i oczekiwać, że będzie on zachowywał się jak pachnący nowością SUV z salonu. Ba! Jeszcze żeby miał pełną historię serwisową, idealną blacharkę, przebieg nie większy niż 160 tysięcy, najlepiej udokumentowany w zeszycie do religii.
Kupuje więc Polak swoje wymarzone auto z 2003 roku. Drugi już miesiąc stoi pod blokiem i pachnie środkami zapachowymi z Biedronki — bo poprzedni właściciel w gratisie zostawił pół butelki „New Car Scent”. I zaczynają się marzenia. Że to będzie jeździć wiecznie. Że przez kolejne 10 lat wystarczy tylko „lać i jeździć”. Że jak Francuz sprzedawał, to tylko dlatego, że kupił nowy model, a nie dlatego, że właśnie silnik zaczął dymić jak lokomotywa.
A potem — niespodzianka! — po trzech miesiącach coś się psuje. Amortyzator, alternator, wahacz, rozrusznik, cokolwiek. W końcu części mają już pełnoletność i mogą legalnie pić alkohol w niektórych krajach. Ale polski kierowca nie przyjmuje tego do wiadomości. „Co za szrot mi sprzedali! Przecież było jak nowe!” — krzyczy, stojąc przy lawecie, która kosztuje więcej niż miesięczna rata najtańszego leasingu.
Zamiast przyjąć do wiadomości, że auto miało premierę jeszcze wtedy, kiedy w komórkach dominował wąż, Polak uważa, że technologia powinna zatrzymać się w miejscu — i to najlepiej za darmo. Bo przecież „kiedyś to były auta” i „stare jest lepsze, bo nowe to się psuje”. Najśmieszniejsze jest jednak to, że ci sami kierowcy oczekują cudów, ale nie wymieniają oleju, bo „przecież dopiero dwa lata temu był zmieniany”. Klocki hamulcowe skrzypią? Norma. Opony zimowe z 2009 roku? „Jeszcze dobre, bieżnik jest!” Kontrola zawieszenia? Po co, przecież auto „nic nie stuka”, mimo że sąsiedzi słyszą je szybciej niż da się wyczuć zapach grilla w majówkę.
Na koniec pojawia się konsternacja: skoro samochód za dwa tysie czy dziesięć tysięcy nie działa jak nówka z salonu, to chyba ktoś tu musi być winny. Mechanik, sprzedawca, Unia Europejska, ewentualnie — Tusk, jeśli mówimy o miłośniku husarii.
A prawda jest banalna i brutalna: kupując auto starsze niż twój dowód osobisty, nie kupujesz samochodu — kupujesz przygodę. I chociaż trochę się śmiejemy z tych naszych narodowych przywar to… tacy po prostu jesteśmy.






