Doskonale zdaję sobie sprawę, że ceniony na rynku producent samochodów, taki jak Citroën musi jak najlepiej przekonywać na polu medialnym, że produkty, które ma w swojej ofercie są najlepsze na świecie i o niebo pokonują brzydszą, gorszą i mniej nowoczesną konkurencję. Byłoby wręcz niepokojące, gdyby było inaczej, jednak język, jaki używany jest do tego celu bywa często nie do przełknięcia, nawet dla redaktora, który od lat przedziera się przez morze informacji przygotowywanych przez działy prasowe producentów samochodów.
W tym roku Citroën wprowadził na rynek C5 Aircrossa, który jest przedstawiany jako „nowy poziom w segmencie SUV-ów klasy C” i „kompleksowa odpowiedź na oczekiwania klientów”, którzy w dodatku doświadczą „poczucia podróżowania klasą komfort”.
Po pierwszej jeździe, rzeczywiście mogę przyznać, że samochód ma bardzo wiele cech zapowiadanych przez Citroëna, co prowadzi mnie do konkluzji, że nie są to tylko czcze obietnice. SUV ma bardzo dobrze skomponowany kokpit, wraz z dużym, pionowym ekranem dotykowym, wygodny fotel oraz zawieszenie, które powoduje, że jazda rzeczywiście staje się przyjemnością. Pewien aspekt komunikacji, który przewija się w odniesieniu do C5 Aircrossa oraz niemal wszystkich nowych modeli Stellantis z ostatnich latach, nie daje mi jednak spokoju.
Marka informuje nas, że platforma STLA Medium, na której powstał nowy SUV daje nam i tu cytuję fragment zagranicznej informacji prasowej Citroëna: „maksymalną elastyczność w wyborze układów napędowych”, co już samo w sobie sugeruje ogromne, nieograniczone wręcz możliwości przebierania w wersjach silnikowych niczym w odmianach jabłek na bazarku.
Elektryczny SUV Citroëna
Zróżnicowana gama napędów ma dać nam i tu również cytat „pełną swobodę wyboru”, ale żeby poznać jej istotę musimy wejść na tory myślenia przedstawicieli Stellantis, by dodać z nutą rozczarowania w głosie… „zelektryfikowanych”. Do wyboru mamy podstawową miękką hybrydę, hybrydę plug-in oraz silnik elektryczny, co bez skomplikowanych równań i wyliczeń daje nam trzy wersje napędowe samochodu. Nawet w I generacji, w której choć brakowało jednostki elektrycznej, wynik w pewnych okresach istnienia samochodu na rynku był wyższy.
Citroën planuje wprawdzie dołączyć wkrótce kolejną, czwartą wersję elektryczną o wydłużonym zasięgu, ale mam wrażenie, że marka próbuje wyrzucić z pamięci, że do niedawna oferowała w swoim kompaktowym SUV-ie silnik nazywany na cześć nazwiska swojego wynalazcy „Dieslem”. Istnieje duża szansa, że gdyby znajdował się w ofercie, mógłby skłonić pewną grupę klientów do zakupu i być może dopełniłby tę niezupełnie pełną, jakby nie było, „pełnię napędów”.
Nie ma diesla – trudno – czasy nie są dla niego przychylne i jakoś chyba musimy się już z tym pogodzić, ale być może przekonywanie o szerokim i wręcz nieograniczonym wyborze jest tu lekką przesadą? Powiedzmy sobie szczerze – wybór jest, ale czy swobodny? To już zależy od punktu widzenia marki i klientów.







