Zaczęło się od obietnic zielonej przyszłości, darmowych stref, dotacji i ulg. Miało być czysto, tanio i cicho. A teraz – proszę bardzo – Londyn właśnie wprowadza podatek od kilometrów w samochodach elektrycznych. Tak, dobrze czytacie: płacisz za to, że jedziesz. To nie jest odcinek „Black Mirror”, to rzeczywistość w wydaniu już za trzy lata.
Według brytyjskiego dziennika The Telegraph, minister finansów Rachel Reeves planuje, by kierowcy elektryków płacili 3 pensy za każdą milę, czyli ok. 0,035 euro za 1,6 km. Przeciętny użytkownik C3, Renault 5 czy Nissana Leaf zapłaci więc rocznie około 250 funtów, a więc mniej więcej 284 euro – za przywilej toczenia się po drogach Albionu bez kropli benzyny. Oczywiście, rząd ma doskonałe wytłumaczenie: „sprawiedliwość podatkowa”. Bo jak to tak – kierowcy diesli płacą średnio 600 funtów rocznie w podatkach paliwowych, a ci z elektrykami nic? Skandal! A przecież ktoś musi załatać budżetową dziurę po zanikających wpływach z akcyzy na paliwa, która do niedawna przynosiła państwu 24 miliardy funtów rocznie.
Zatem nowa zasada jest prosta: nie ma paliwa, będzie kilometrówka. To trochę jak gdyby państwo stwierdziło: „nie palisz papierosów? To teraz zapłacisz za każdy głęboki oddech – przecież też korzystasz z powietrza”. Absurd? Oczywiście! Ale co zrobić gdy kasa państwa świeci pustkami? Kierowcy elektryków są wściekli, podobnie jak producenci. Nie ma to jak zabić raczkujący rynek podatkiem.
Jeszcze ciekawszy jest sposób poboru: żadnych GPS-ów ani czarnych skrzynek, tylko… deklaracja kilometrów. Kierowca sam ma zgłaszać, ile zamierza przejechać w ciągu roku, zapłacić z góry, a jeśli przesadzi – dopłaci. Jeśli pojedzie mniej – dostanie zwrot. Z biurokratyczną finezją rodem z Monty Pythona.
I oczywiście nie brakuje komentarzy, że Francja, Niemcy, a może i Polska mogą pójść tą samą drogą. Bo skoro paliwowe źródełko wysycha, a elektryfikacja pędzi jak Pendolino, to gdzieś trzeba będzie znaleźć nowe wpływy. A cóż bardziej przewidywalnego niż kierowca – zawsze na drodze, zawsze z portfelem?
Można się więc spodziewać, że niedługo usłyszymy coś w stylu: „Podatek kilometrowy – dla dobra klimatu, sprawiedliwości społecznej i, rzecz jasna, finansów publicznych”. I tak kończy się sen o darmowej jeździe elektrykiem. Najpierw obiecano, że nie będziesz już tankować. Teraz każą ci płacić za samo ruszenie z miejsca.
A teraz uwaga – podobne pomysły już kiełkują w głowach w innych krajach europejskich. W końcu z czegoś rządy finansować muszą te wszystkie pomysły, prawda? A jak wiemy, żaden rząd nie ma swoich pieniędzy. Ma tylko te, które zabierze nam w podatkach.






