Według branżowych doniesień i materiałów samego producenta Toyota prowadzi działania pod nazwą Smart Standard Activity. W praktyce chodzi o to aby ograniczyć wymagania jakościowe, gdzie były one po przesadzone i generowały koszty, straty oraz frustrację dostawców. Oficjalne dokumenty Toyoty mówią wręcz wprost o korygowaniu nadmiernych wymagań jakościowych wobec części oraz zmniejszaniu obciążeń produkcyjnych u dostawców.
Koji Sato, ustępujący prezes Toyoty, miał podczas spotkania z przedstawicielami 484 dostawców powiedzieć wprost: „Dopóki tego nie zmienimy, nie przetrwamy”. Trzeba dodać jedno: nie ma tu mowy o oficjalnym przyzwoleniu na wady wpływające na bezpieczeństwo czy działanie auta.
Jednak wizerunkowo i symbolicznie to i tak potężny cios, bo jeśli marka zbudowana na micie jakości zaczyna tłumaczyć, że tego klient i tak nie zauważy, to znaczy, że presja kosztowa naprawdę zrobiła się potężna.
Dziś okazuje się, że gdy konkurencja zaczęła liczyć szybciej, taniej i brutalniej, japoński mit nagle zaczął się dziwnie wyginać. To, co przez dekady uchodziło za nienaruszalny standard, dziś staje się nadmiarem, a wady, których rzekomo nie widzi klient, przestają być problemem. Trudno o bardziej wymowny obraz kryzysu: marka, która sprzedawała światu mit perfekcji, sama właśnie przyznaje, że to było dobre, ale tylko do momentu, gdy przestaje się opłacać.






