Są ludzie, którym gigantyczny grill na BMW się podoba, bo samochód w Polsce nigdy nie był tylko samochodem. Nie bez powodu. Część osób wciąż uważa go za symbol statusu.
Samochód bywa przepustką do wolności, dowodem zaradności, znakiem pozycji społecznej, a czasem także mobilną wizytówką właściciela. W krajach bogatszych i dłużej funkcjonujących w gospodarce rynkowej auto częściej bywa po prostu narzędziem: środkiem transportu, przedmiotem użytkowym, elementem codzienności. U nas przez dekady jest czymś więcej. Są osoby, dla których to krzycząca manifestacja własnej zamożności (lub zdolności kredytowej jak kto woli). Ale źródeł tego zjawiska trzeba szukać w PRL.
Za czasów komuny samochód był po prostu dobrem deficytowym. Nie wystarczyło mieć pieniądze, trzeba było mieć talon, znajomości, miejsce w kolejce, dostęp do informacji albo szczęście. Ewentualnie dostęp do walut, które były z kolei bardzo drogie. Fiat 126p, Polonez, Syrena, Wartburg, Trabant… pamiętamy to. A zachodni samochód? No cóż, społeczny komunikat był dość oczywisty: to człowiek z układami, pieniędzmi albo dostępem do świata niedostępnego dla większości. Starsi czytelnicy pamiętają zapewne sklepy za żółtymi firankami. Dla partyjnej elity.
Po 1989 roku sytuacja się zmieniła, ale mentalność nie zniknęła z dnia na dzień i chyba tkwi w wielu z naszych rodaków do dzisiaj. Zachodnie auta stały się dostępne, najpierw jako używane importy, później jako nowe modele z salonów. Czasy kontyngentu (zezwolenia na import przez producentów czy importerów bez podatków). No ale świat się zmieniał i dla wielu rodzin pierwszy Fiat, potem Volkswagen, Opel, Peugeot, Renault czy Citroën były czymś więcej niż zakupem, był symbolem porzucenia szarego świata ZSRR i PRL i wejścia do normalności. Taki samochód mówił, że motoryzacyjnie doganiamy Zachód.
A z tym doganianiem mieliśmy zawsze problem. Przed II Wojną Światową samochód też był czymś mocno elitarnym. Najwięcej posiadał rząd i wojsko, prywatnych aut było mało a im dalej od Warszawy tym wręcz śladowo. Zobaczcie choćby na dane z roku 1935. To jakoś również musiało przetrwać w naszej mentalności zbiorowej. Właśnie dlatego w Polsce auto tak długo pełniło funkcję znaku awansu. Dom można było mieć daleko od centrum, ubranie nie każdy wyceni (nawet jak masz trzypaskowy dres Adidasa), ale samochód stał pod blokiem, pod firmą, pod restauracją. Był publiczny. Każdy widział, czym przyjechałeś. Wszystko to związane jest z poziomem zamożności no i niestety z edukacją, obyciem, kulturą…
W krajach takich jak Finlandia, Francja, Holandia czy Dania samochód częściej jest traktowany użytkowo. Tam przez dekady nie trzeba było udowadniać przynależności do Zachodu, bo Zachód był codziennością. Auto można było kupić dość normalnie, z szerokiej oferty, bez wieloletniego oczekiwania i bez polityczno-towarzyskiego zaplecza. Oczywiście także tam istnieje kultura marek premium, klasyków i luksusowych limuzyn. Różnica polega na tym, że przeciętny samochód nie musi nieść tak dużego ładunku symbolicznego. Polska jest tu podobna do wielu krajów Europy Środkowo-Wschodniej.
Jest też drugi wymiar: prestiż i pokaz siły. Duży SUV, wielki grill, czarna limuzyna, mocny silnik czy drogie dodatki wciąż dla części kierowców są językiem statusu, albo jak wolą psychologowie, rekompensaty (za co, to może już nie będziemy analizować). To nie jest wyłącznie polskie zjawisko, ale w krajach po transformacji bywa silniejsze, bo samochód przez dekady był jednym z najbardziej widocznych dowodów sukcesu.
A czy to się zmienia? Powoli tak. Młodsze pokolenie częściej patrzy na auto praktycznie, ale samochód w Polsce długo jeszcze pozostanie czymś więcej niż środkiem transportu. Ta mentalność, powoli odchodząca, jednak przechodzi z pokolenia na pokolenie. Tak działa ten świat.
No ale mamy wybór – my wolimy motoryzację francuską, bo jest bardziej finezyjna, odwołuje się do innych wartości. I tyle.






