Dziś będzie trochę prywaty. Po prostu tak mnie wczoraj zapieniła firma kurierska GLS, że muszę dać upust swojej złości. Przy czym dodam, że już mi i tak przeszło, bo gdybym napisał ten tekst wczoraj, to byłoby bez porównania ostrzej.
Złożyłem zamówienie w pewnej firmie. Nic specjalnego – robią to miliony Polaków. Tyle, że w tym przypadku chodziło o medyczny sprzęt diagnostyczny, ale taki wykorzystywany w sposób ciągły. Może nie ratujący życie, ale mający realny wpływ na utrzymanie w ryzach choroby tzw. przewlekłej. Zamówienia takie składam w tej firmie regularnie. Wybieram różne firmy kurierskie – i tak koszty każdej z nich są przerzucone na dostawcę, więc co za różnica.
Tym razem zdecydowałem się na GLS. Zdecydowanie po raz ostatni. Nigdy, ale to nigdy więcej nie wybiorę już tej firmy. Uwierzcie, nie robiłbym afery, gdyby chodziło o zamówienie książek (też regularnie zamawiam), ubrań (to z kolei zamawiają moje córki), czy papieru toaletowego [tego nie zamawiam kurierem nigdy ;-)]. Ale tym razem chodzi o medyczny sprzęt diagnostyczny do w praktyce ciągłej kontroli choroby przewlekłej.
Do Świąt jeszcze daleko. Wtedy jest czymś oczywistym, że zdarzają się opóźnienia. To jest wkalkulowane. Ale teraz, w połowie listopada, raczej takich spiętrzeń kurierzy nie mają. Zresztą nie powiem – przesyłka nadana i odebrana w terminie, wczoraj rano (o 9:10) otrzymałem od GLS SMS-a z informacją, że kurier z podanym numerem telefonu dostarczy mi przesyłkę, a ja mam mu podać PIN do odbioru. Super.
Niestety to był koniec radości. Wróciłem do domu po pracy, a przesyłki nie ma. Zaznaczam, że w domu cały czas ktoś jest, więc realnie nie było nawet próby doręczenia przesyłki. No to złapałem za telefon i dzwonię na podany przez GLS w SMS-ie numer kuriera. Raz, drugi, siódmy… Nie wiem, ile razy próbowałem – kompletnie bez efektu. Nie odbiera nikt.
Zobacz też: 25 Renault Mégane E-Tech Electric dla GLS. To jedna z największych transakcji na polskim rynku

Napisałem więc SMS-a do tego kuriera. Może gdzieś biega i nie może odebrać. Nic, zero efektu. Zacząłem się denerwować, bo przesyłka jest naprawdę ważna. Zajrzałem więc na stronę GLS szukając sekcji śledzenia przesyłek. W zdenerwowaniu nie znalazłem (później na spokojnie już mi się to udało), zacząłem więc szukać kontaktu telefonicznego. Tu poszło łatwiej.
Zadzwoniłem na infolinię GLS. Chyba mają bardzo dużo zgłoszeń, bo od razu ostrzegli, że na połączenie z konsultantem będę musiał czekać ponad 10 minut. Byłem tak wzburzony, że postanowiłem czekać. Teraz widzę, że albo mają jednego konsultanta, albo nie chce im się odbierać telefonów i próbują wziąć ludzi na przeczekanie, albo takich „zadowolonych” klientów, jak ja, mają znacznie więcej.
I faktycznie po przeszło 10 minutach zgłosił się jakiś młody człowiek. Zatrudniają w tym GLS-ie konsultantów chyba tylko po to, żeby mówili, że nic nie mogą, niczego nie są w stanie załatwić, z żadnym swoim kierownikiem połączyć też mnie nie może, a jedyne, co może, to powiedzieć mi, że paczka wróciła do magazynu, bo kurier się nie wyrobił z dostawami.
W pewnym momencie ów konsultant zaczął nawet przebąkiwać coś o rzekomo nieudanej próbie doręczenia, ale szybko przestał, gdy mu powiedziałem, że w domu zawsze ktoś jest. Uznał, że nie ma sensu pogrążać się w kłamstwie. Upierał się cały czas, że kurier nie zdążył i że doręczą mi przesyłkę w pierwszy dzień roboczy, czyli w poniedziałek. Zasugerowałem, żeby nie robił ze mnie idioty, bo wiem, kiedy wypada pierwszy dzień roboczy od wczoraj…
Zobacz też: Citroën AMI w służbie GLS we Francji. Ten samochód wykreował nową branżę

Oczywiście nic nie wskórałem, bo konsultant GLS nic nie może. Nawrzeszczałem na niego, co mi się nie zdarza, ale sytuacja jest naprawdę problematyczna. Bo nie chodzi o jakieś relatywnie nieistotne zamówienie, ale o diagnostyczny sprzęt medyczny wykorzystywany w codziennej istotnej „obsłudze” choroby. Bez książki, ubrania, czy jakichś innych rzeczy, akie ludzie zamawiają przez kurierów da się wytrzymać bez trudu. Tu jest gorzej.
I mógłbym zrozumieć opóźnienie. Mógłbym zrozumieć próbę przełożenia dostawy, gdyby GLS do mnie zadzwonił, wysłał kolejnego SMS-a – wszak rano widomość na mój telefon przysłali. Kontakt mieli. Nie. Nic. Zero kontaktu. Po prostu mieli – mówiąc kolokwialnie – wywalone na klienta. Przesyłka wróciła do magazynu kilkadziesiąt kilometrów od mojego miasta.
Przyznaję się, nawrzeszczałem przez telefon na konsultanta GLS. To mi się naprawdę nie zdarza nawet w przypadku nękających mnie firm od fotowoltaiki ;-) Niestety oprócz deklaracji tego człowieka, że nic nie może zrobić, a dostawa zostanie zrealizowana w następny dzień roboczy nie usłyszałem nawet próby powiedzenia „przepraszam”, i to jeszcze tedy, gdy nie zacząłem podnosić głosu.
Na koniec, już po rozmowie z tym konsultantem, który nic nie może, wypełniłem formularz z ich strony internetowej, gdzie opisałem całą sytuację. Często takie formularze wysyłają kopię zgłoszenia na podany w nim adres mailowy nadawcy. GLS tak nie robi – czy po to, żeby nie było po nim śladu?
Dlatego postanowiłem, że napiszę parę słów i tutaj. O braku profesjonalizmu firmy GLS na końcowych etapach realizacji usługi. Bo paczkę od nadawcy odebrali szybko. Do magazynu do Lublina paczka również trafiła w idealnym czasie. Sprawę pokpił kurier, a oliwy do ognia dolał konsultant, który nie postarał się zupełnie o to, żeby chociaż spróbować sprawić wrażenie, że chce mi pomóc.

Teraz już wiem, żeby nie korzystać z usług firmy GLS. Córka znalazła mi w Internecie dwa ciekawe angielskie rozwinięcia akronimu nazwy firmy: Generally Late Service oraz Guess Lost Somewhere. Nieźle opisują sytuację ;-) przynajmniej tę moją.
Jeśli więc zależy Wam na terminowości dostawy jakiejś przesyłki, jeśli oczekujecie rzetelnego kuriera i uczciwego kontaktu z firmą w razie problemów, to nie wybierajcie GLS. Ja nie wybiorę ich już nigdy.
Krzysztof Gregorczyk; zdjęcia: GLS, archiwum














