Nowy Hyundai Kona prosto z salonu, ogromne problemy i potężny stres właściciela z powodu awarii, której przyczyn ASO nie zdiagnozowało. Według relacji nabywcy samochód „zdechł” po 700 km, a krakowskie ASO przez dwa tygodnie czekało na… zwykły akumulator 12V. Tymczasem akumulator był jedynie skutkiem awarii, a nie jej przyczyną. W efekcie auto oddano niesprawne. Właściciel jeździ 23-letnim Fiatem i czeka na naprawę.
„Zgodnie z moimi przewidywaniami, krakowskie ASO zdiagnozowało SKUTEK awarii (ugotowany do zera akumulator), radośnie ignorując PRZYCZYNĘ (padnięte ładowanie)” – napisał zirytowany kierowca.
Kulminacja absurdu miała nastąpić przy odbiorze auta. Serwis poinformował klienta, że samochód jest już naprawiony. Kierowca urwał się więc z pracy i przez ponad godzinę przedzierał się przez zakorkowany Kraków, aby odebrać swoją Konę. I wtedy zaczęło się najlepsze.
„Podpisuję papiery, biorę kluczyki. Idę do mojej Kony. Wsiadam, pachnie nowością, wciskam przycisk START. (…) Przejeżdżam przez bramę serwisu. Dosłownie po kilkudziesięciu metrach… BING! Czerwona ikona akumulatora na zegarach” – relacjonuje właściciel. Tak, auto zdążyło opuścić teren serwisu i niemal natychmiast ponownie zgłosiło brak ładowania. Według autora wpisu pracownicy ASO mieli ograniczyć diagnostykę do podpięcia komputera i skasowania błędów.
„Włożyli nową baterię, wykasowali logi i patrzyli przez 3 minuty na auto odpalone na postoju. Tablet zaświecił na zielono, więc fajrant” – ironizuje kierowca.
Po fiasku odbioru właściciel wrócił do domu swoim 23-letnim Fiat Stilo. „Włoch może i powoli zamienia się w rdzę, ale ma godność i fizycznie jedzie do przodu” – podsumował.
na podstawie wpisu na portalu Wykop.pl, fot. ilustracyjna






