Będę nieco złośliwy: temat powrotu Citroëna 2CV wraca już chyba po raz dziesiąty. Przez lata słyszeliśmy, że takiego samochodu nie należy robić, bo rynek się zmienił, klienci oczekują SUV-ów, retro nie jest strategią, a w ogóle to Citroën patrzy w przyszłość, a nie w lusterko wsteczne. Innymi słowy: klasyczny zestaw korporacyjnych zaklęć, którymi można uzasadnić wszystko, łącznie z rezygnacją z własnego dziedzictwa od Tavaresa i kolejnych szefów marki. Tylko, że wszystko się zmieniło, bo przyszedł Renault 5 E-Tech i zepsuł korpo-zabawę w uzasadnienie własnej nieudolności.
Właśnie Renault pokazało, że samochód może być nowoczesny, elektryczny, sympatyczny, miejski i jednocześnie bezczelnie odwoływać się do historii i co gorsza dla konkurencji, to po prostu… zadziałało. Renault oficjalnie poinformowało, że w Douai wyprodukowano już 100 tys. egzemplarzy R5 E-Tech w 15 miesięcy od startu produkcji. Sprzedaż rośnie a piątki widać także na polskich ulicach i to jeżdżące stadami. W sumie nic dziwnego, bo w wyprzedażach można trafić na znakomitą cenę.
I nagle w Citroënie, najwyraźniej zupełnie przypadkiem, znowu zrobiło się miejsce na 2CV. Nowe deux-chevaux ma być samochodem elektrycznym, ale nie będzie to większe Ami. To ważne, bo Ami jest uroczym pudełkiem do przemieszczania się po mieście, natomiast współczesne 2CV ma być pełnoprawnym autem. Ma mieć około 30 kWh akumulatora, prostą konstrukcję, wygodne modułowe wnętrze i stylistykę, która będzie retro, ale bez udawania muzealnego eksponatu. Citroën bez odrobiny szaleństwa jest jak bagietka z marketu: niby francuska, ale człowiek czuje, że czegoś brakuje.
Oryginalne 2CV nie było samochodem luksusowym, ale genialnym narzędziem: cena prawie jak motor, ale dach, 4 miejsca, bagażnik, symboliczne spalanie i świetne zawieszenie. Dzisiaj to legenda, mająca status kultowego auta dla wybranych.
Nowy 2CV nie będzie miał 500 kilometrów zasięgu ani wielkich ekranów. Musi być lekki, tani w eksploatacji, wygodny, praktyczny oraz inny. I jestem spokojny, że będzie, bo Citroën ma do tego prawo większe niż ktokolwiek.
Cieszę się na powrót kaczki we współczesnym wydaniu. Bardzo się cieszę. I tylko szkoda, że Citroën potrzebował tylu lat by dojść do tego wniosku. No i widzę jedno zagrożenie: czas. Stellantis ma świetne pomysły a potem czekamy pół roku albo rok dłużej niż cierpliwość klienta pozwala a w efekcie auto traci ten posmak nowości.
Mam więc nadzieję, że po pierwszej zapowiedzi na targach w Paryżu jesienią tego roku nie trzeba będzie znowu tak długo wyglądać na ten model w salonach. Bo widzisz, drogi Citroënie, moda na retro też się może skończyć, zwłaszcza że konkurencja nie śpi.






