Nudności w elektryku to poważny problem. To cena za elektryczną rewolucję i sparawa, którą muszą rozwiązać producenci. Tanio nie będzie.
Kiedyś naszym największym kłopotem w samochodzie był prywatny zestaw głośnomówiący z przodu, która przez całą drogę opowiada o tym, co widziała w „Pytaniu na śniadanie”. Ewentualnie – smród spalin na skrzyżowaniu albo radio, które szumiało bardziej niż odbierało. Teraz? Teraz, w epoce aut elektrycznych, kłopot jest bardziej wyrafinowany. Okazuje się, że wraz z ciszą, gładkim przyspieszeniem i świadomością, że ratujemy planetę, dostajemy gratis coś jeszcze – mdłości.
Pewien entuzjasta zielonej rewolucji, szybko się o tym przekonał. Sam jeździł jak po chmurce – zadowolony, że auto nie dudni i nie trzęsie się jak diesel z końcówki lat 90. Ale jego nastoletnie córki zaczęły po kilku kursach do szkoły wyglądać tak, jakby dopiero co wysiadły z diabelskiego młyna na wiejskim festynie. Najpierw cierpliwie próbowały, potem zaczęły brać tabletki na chorobę lokomocyjną, a w końcu wystosowały ultimatum: „Tato, albo zmieniasz auto, albo idziemy pieszo”. Cóż, trudno polemizować z dziećmi, które już w drodze do szkoły mówią, że mają dość. Nie jest to jednak przypadek jednostkowy. Coraz więcej pasażerów zauważa, że w elektrykach choroba lokomocyjna atakuje szybciej i mocniej niż kiedykolwiek wcześniej.
Może w promocji będą teraz dodawać do każdego elektryka kilogram Aviomarinu dla rodziny albo torebki jak w samolocie?
Dlaczego? Bo nasz mózg, biedak, nie radzi sobie z nową rzeczywistością. Zamiast charakterystycznego buczenia silnika czy lekkich drgań karoserii, które od zawsze były wskazówkami „uwaga, zaraz przyspieszymy”, mamy absolutną ciszę i natychmiastowy skok do przodu. Do tego dochodzi hamowanie odzyskowe, które działa trochę jak niewidzialny pasażer bawiący się pedałem hamulca – raz przycisnąć, raz puścić. Nic dziwnego, że błędnik ogłasza bunt. W tym miejscu pojawia się pytanie: czy postęp technologiczny nie poszedł aby o krok za daleko? Oto bowiem w pogoni za cichym, bezemisyjnym, ekologicznym pojazdem stworzyliśmy maszynę, która… wyłącza ludzi z akcji. Pasażerowie stają się ofiarami własnego komfortu. A przecież nikt nie kupuje elektryka z myślą: „będę jeździł sam, bo rodzina nie wytrzyma więcej niż pięć minut”.
Ktoś powie: przesadzam. Przecież wystarczy otworzyć okno, usiąść z przodu albo, ostatecznie, sięgnąć po leki. Owszem, tylko że trudno nazwać sukcesem technologicznym sytuację, w której innowacyjny samochód wymaga od nas apteczki większej niż ta w bagażniku. To trochę tak, jakbyśmy kupili nowoczesną pralkę, która pierze znakomicie, ale po każdym cyklu musimy brać środki na uspokojenie, bo wydaje dźwięki przypominające alarm bombowy.

Co ciekawe, producenci aut już dostrzegli problem i pracują nad rozwiązaniami. Testują np. fotele, które delikatnie wibrują, by ostrzec pasażera o nadchodzącym zakręcie. Może więc za chwilę będziemy mieli samochody, które nie tylko dowiozą nas do celu, ale też subtelnie wymasują plecy w ramach profilaktyki przeciwwymiotnej. Kto wie – może do standardowego wyposażenia dołączy niebawem mały wentylator albo generator udający V6 PRV?
Nie można jednak wykluczyć, że to tylko początek. Jeśli elektryki wprowadziły nową epokę mdłości, to co się stanie, gdy na drogi masowo wyjadą auta autonomiczne? Tam już nie będzie nawet złudzenia kontroli – kierownica stanie się reliktem, a my, pasażerowie, zamienimy się w paczki wożone z punktu A do B.
Widzę oczami wyobraźni przyszłość: luksusowy, samojeżdżący pojazd, szkło panoramiczne, klimatyzacja idealna, a w każdym fotelu schowek z tabletkami na chorobę lokomocyjną. Taki pakiet premium XXI wieku.
Dlatego, choć śmieję się pod nosem, problem jest poważny. Bo o ile zasięg, ładowarki i ceny elektryków można poprawić technicznie i logistycznie, o tyle natury ludzkiego organizmu oszukać się nie da. Nasz błędnik nie zna się na neutralności klimatycznej ani polityce Unii Europejskiej. On po prostu działa tak samo od tysięcy lat – i albo mu pomożemy, albo będzie sabotował każdą przejażdżkę.
Może więc przyszłość motoryzacji polega na tym, by połączyć to, co nowe, z tym, co stare. Odrobina hałasu, lekka wibracja, delikatny „buczek” spod maski – wszystko po to, żeby nasz żołądek przestał się buntować. I to jeszcze jeden powód, by tej elektromobilności nie forsować tak na siłę.







