Nie wierzę, że chińskie samochody podbiją Europę w takim stopniu, w jakim wieszczą to ich najgorliwsi entuzjaści. W autach, które dotąd poznałem lista wyposażenia zbyt często wygrywa z dopracowaniem samej jazdy. A ja kupuję samochód po to, żeby dobrze mi się nim jeździło.
Chińskie marki zwiększają sprzedaż w Europie, to fakt, widoczny choćby w sierpniowych danych JATO, ale od rosnących rejestracji do ogłoszenia końca europejskiej motoryzacji jest jeszcze kawał drogi. Mam wrażenie, że część komentatorów zdążyła już wręczyć zwycięzcom puchar, chociaż rywalizacja dopiero nabiera tempa. I nawet rozumiem, skąd ten zachwyt, bo prozę: Otwieramy cennik: mnóstwo wyposażenia, długa lista funkcji, a cena często dziwnie niska. Przy europejskim samochodzie trzeba dopłacić, przy chińskim wiele rzeczy dostajemy od razu. Na papierze wygląda to znakomicie. No ale właśnie…. na papierze?
Apologeci chińskiej motoryzacji ogłaszają nokaut, bo ich zdaniem więcej wyposażenia za mniej pieniędzy oznacza, że europejscy producenci mogą już gasić światło. Ale spokojnie, podczas zakupu łatwo liczyć dodatki, bo widać je w tabelce. Znacznie trudniej zapisać w niej, jak samochód zachowuje się na drodze i czy po kilku miesiącach nadal chcemy nim jeździć. Zróbmy uczciwy rachunek sumienia: z ilu tych wszystkich funkcji rzeczywiście korzystamy? Codziennie, przez miesiące, a nie podczas prezentacji znajomym?
Sam lubię się pobawić nowym rozwiązaniem. Włączę raz, drugi, piąty. Obejrzę ustawienia, sprawdzę możliwości. Później jednak wsiadam… i jadę. Zaczynają się liczyć wygodny fotel, wyciszenie, widoczność, reakcja samochodu na ruch kierownicą. To, czy zawieszenie dobrze znosi nierówności i czy po dłuższej trasie wysiadam wypoczęty. Jedni szukają charakteru silnika, inni niskiego spalania albo małego zużycia energii a ja szczególnie cenię komfort i przyjemność prowadzenia. Czy chcę kolejnego smartfona na kołach? Ni, bo cała ta ekranowa gorączka i zabawa mnie raczej męczy, wolę cieszyć się jazdą a samochód powinien zachowywać się spójnie. Pod tym względem wciąż znacznie częściej przekonują mnie konstrukcje europejskie.
Podobnie patrzę na stylistykę. „Wygląda jak Mercedes” w stosunku do jakiegoś chińskiego produktu ma być pochwałą? Serio? Dla mnie to mocno dyskusyjne, bo od projektanta oczekuję własnego pomysłu, rozpoznawalnego charakteru i konsekwencji a nie kopiowania. Gdy oglądany samochód przede wszystkim przypomina mi cudzy projekt, nie będę zachwycał się kopią. Oczywiście doceniam postęp w akumulatorach, elektronice i ładowaniu. Szybkie uzupełnianie energii jest przydatne. Nie rozumiem natomiast przekonania, że dzisiejsza przewaga w wybranej technologii oznacza przewagę na zawsze. Europejscy producenci mogą się uczyć, poprawiać swoje rozwiązania i korzystać z doświadczeń konkurencji. Chińskie firmy też będą dopracowywać samochody. Wynik tej rywalizacji pozostaje otwarty i bardzo dobrze, bo konkurencja jest zdrowa i poprzednia.
Ja na europejskiej motoryzacji nie stawiałbym jeszcze krzyżyka. Wręcz przeciwnie, widzę wielką szansę dla nas, jako kontynentu. Wielką. I cieszę się na tą rywalizację.






