Pokonaliśmy Renault Loganem ponad 600 km po pustych i bezkresnych drogach Patagonii. Prosty, ale wygodny model spełnił nasze skromne oczekiwania – był francuski, nie obyło się jednak bez problemów – w samochodzie z wypożyczalni coś niepokojąco trzęsło.
Patagonia to kraina bezkresnych przestrzeni i górskich krajobrazów, które zapierają dech w piersiach. Najwygodniej poruszać się tu autem. Jeszcze lepiej francuskim rzecz jasna ;-) No dobrze, ale skąd wziąć francuski samochód prawie na końcu świata? W El Calafete jest wiele wypożyczalni, które posiadają Renault Dustera, Sandero i Logana. Jedną z ciekawostek, które znalazłam wśród ofert w internecie jeszcze przed wyjazdem był Alaskan w wersji kamper. Inne francuskie opcje obejmowały Peugeot 208 i Citroëna Basalta. Niestety, żadna z wypożyczalni nie była w stanie zagwarantować, że po przyjeździe na miejsce otrzymam dokładnie taki model, o jaki proszę… oprócz jednej. Większość zastrzegała możliwość przekazania porównywalnego modelu innej marki lub w ogóle nie odpowiadała na moje wiadomości.
Swoją drogą, mogę sobie tylko wyobrazić miny pracowników, którzy otrzymują wiadomość, że nie liczy się wielkość, ilość miejsc, ani napęd a to na czym najbardziej zależy klientowi to „francuskość” samochodu, które zamierza wypożyczyć. Wreszcie, po intensywnej wymianie wiadomości z wypożyczalnią, otrzymałam potwierdzenie a obietnica została spełniona. Na lotnisku w El Calafete czekał na mnie Renault Logan napędzany silnikiem benzynowym 1.6 o mocy 115 KM sprzężonym z 5-biegową manualną przekładnią. Specyfikacja okazała się wyjątkowo skromna, ale samochód spełniał moje niewyszukane, aczkolwiek ekscentryczne oczekiwania – był francuski ;-)
Niezbędne minimum
Wyposażenie Renault Logana mogłam policzyć na palcach swoich dłoni. Na liście znalazły się elektryczne szyby, radio, które niespecjalnie kwapiło się do odbioru jakiejkolwiek stacji, gniazda USB i 12V a do tego, klimatyzacja manualna, Bluetooth i sterowanie radiem przyciskami za kierownicą. Jeśli byłaby możliwość doposażenia pojazdu w jedną i tylko jedną funkcję zdecydowanie wybrałabym tempomat, który zwiększyłby komfort podróży w trasie. Oczywiście, takiej opcji nie było.
Logan to popularny samochód w Argentynie, szczególnie wśród firm oferujących przewóz osób i wypożyczalni samochodów. Obok Fiata Cronosa, Citroena Basalta i Toyoty Hilux stanowi powszechny widok także w Patagonii.
Wypożyczony sedan Renault miał na liczniku ponad 73 tys. km i jak na swój przebieg i zapewne historię intensywnej eksploatacji w rękach turystów, wnętrze wciąż sprawiało solidne wrażenie. Tapicerka nie miała przetarć a plastikowe elementy zarysowań. Spartański charakter Logana najwidoczniej sprawia, że materiały nie zużywają się tak szybko.
El Calafete i droga do Perito Moreno
Turystyczne miasteczko El Calafete jest położone nad jeziorem i stanowi przystanek w drodze do największej atrakcji w okolicy – lodowca Perito Moreno. Sklepy z pamiątkami zachęcają do zakupów a restauracje do napełnienia żołądka. Leniwy klimat okolicy oddają wylegujące się na chodnikach psy, które odpoczywają beztrosko zupełnie nie przejmując się przechodniami.
Słynny lodowiec Perito Moreno, położony jest około 80 km od El Calafate, ale już sama droga do parku narodowego to spektakl widoków. Górskie krajobrazy towarzyszą nam na każdym kilometrze i wszędzie, gdzie tylko skierujemy wzrok. W końcu wyłania się on – Perito Moreno. Wielka hipnotyzująca masa w odcieniach bieli i błękitu, która sprawia wrażenie jakby nie była ziemskim tworem. Ma w sobie coś nierealnego, jakby została zaprojektowana przez sztuczną inteligencję i wstawiona pomiędzy góry, a nie uformowana przez tysiące lat sił przyrody.
Na terenie Parku Narodowego Los Glaciares mamy do wyboru kilka tras spacerowych. Metalowe kładki prowadzą przez liczne punkty widokowe, które pozwolą chłonąć otaczający krajobraz. Do wyboru mamy trzy odcinki: od krótkiej i łatwej po bardziej wymagające przejście. Postawiliśmy na mieszankę wszystkich trzech i połączyliśmy kilka ścieżek w jedną trasę. Spokojnym tempem zajęło nam to około 2 godzin. Wystarczająco, by nacieszyć się widokami, kontemplować spokój i wsłuchać się odgłosy pękających z trzaskiem a następnie wpadających do wody fragmentów lodowca.
Co tu tak trzęsie?
Samochód z wypożyczalni niestety nie był zupełnie sprawny, co zakłóciło harmonię jazdy do parku narodowego. Przy prędkości powyżej 70 km/h w aucie wszystko się trzęsło: kierownica, fotele i deska rozdzielcza wpadały w intensywne drgania. Jazda w takich warunkach była nie tylko niekomfortowa, ale rodziła wątpliwości o bezpieczeństwo dalszej podróży. Wypożyczalnia nie miała samochodu zastępczego, ale obiecała szybko zająć się problemem. Oddaliśmy Logana do naprawy i po ok. godzinie otrzymaliśmy z powrotem sprawne auto. Tajemnica drgań została rozwiązana – w środku jednej z opon znajdował się piasek, który powodował nietypowe zachowanie samochodu.
Trasa z El Calafete do El Chalten – pustka i piękno
Odległość pomiędzy El Calafete a El Chalten na mapie wydaje się niewielka, ale w rzeczywistości miejscowości dzieli ponad 200 km. Nie będzie przesadą z mojej strony, jeśli powiem, że to jedna z najpiękniejszych tras na świecie. Urzeka pustką, przestrzenią i krajobrazem składającym się ze stepów i szczytów górskich. Na trasie nie ma kompletnie nic i w tym tkwi całe piękno. Nie zobaczymy ani osiedli, ani sklepów, ani nawet stacji benzynowych i najważniejsze – żadnych bilboardów i reklam. Tylko droga, niewysoka roślinność i dzika pustka. Jedynie od czasu do czasu na horyzoncie pojawi się jakiś samochód lub motocykl.
Zachodzące słońce eksponowało błękity, szarości, granaty i fiolety. Paleta kolorów w towarzystwie nadciągających deszczowych chmur i wiatru, który w ten dzień w porywach sięgał ponad 70 km/h malowała złowrogi klimat, który z kolejnymi kilometrami narastał. W końcu, radio zupełnie przestało działać, straciliśmy zasięg a nawigacja zachowywała się tak, jakby postradała zmysły uparcie powtarzając „zawróć” już do samego El Chalten. Droga jest prosta, nie mijamy zbyt wielu skrzyżowań dlatego istnieją niewielkie szanse, by zabłądzić.
Tu podobno wieje zawsze
Szalejący wiatr wymuszał czujność i częstą korekcję toru jazdy a deszcz dodatkowo utrudniał prowadzenie. Przed El Chalten powinniśmy zobaczyć majestatyczny widok masywu Patagońskich Andów z górującym nad pozostałymi szczytami Fitz Roy’em, ale ciemność przykryła wszystko. Więcej szczęścia mieliśmy w drodze powrotnej.
Pierwszy dzień w Patagonii był bardzo intensywny. Pobudka o 3:30, wczesny lot z Buenos Aires do El Calafete, zwiedzanie lodowca, perypetie z samochodem, kilka godzin spędzonych za kierownicą a do tego ciemności i mało sprzyjająca aura, która dodatkowo wzmagała zmęczenie. Kiedy na środku drogi pojawił się jasny punkt, który okazał się małym, białym królikiem, przez chwile zastanawiałam się, czy to wszystko dzieje się naprawdę. Stworzenie na szczęście nie przemówiło ludzkim głosem nakłaniając mnie do podążania za nim i tylko odkicało bezpiecznie na pobocze pozostawiając pustą drogę przed samochodem. W końcu dotarliśmy do hotelu, by odpocząć przed kolejnym dniem.
Zostawiamy Renault i ruszamy na szlak Laguna de los Tres
El Chaltén jest czymś więcej niż tylko turystycznym punktem na mapie. To królestwo miłośników trekkingu i wspinaczy a dla niektórych styl życia i rytm wyznaczany przez góry. To właśnie pokusa, by zakosztować specyficznego klimatu przywiodła mnie w to miejsce i zaprowadziła na najpopularniejszą w okolicy trasę prowadzącą do Laguna de los Tres.
20-kilometrowy trekking rozpoczyna się podejściem a następnie łagodnieje prowadząc przez delikatne przewyższenia aż do ostatniego stromego i wymagającego dobrej kondycji odcinka na dystansie ok. 1000 m. Przysłonięty chmurą Fitz Roy nieśmiało wyłonił się po wyjściu z lasu a następnie towarzyszył nam już do końca szlaku. Strome, niemal pionowe finałowe podejście wymaga ogromnego wysiłku, jednak wszystko przestaje mieć znaczenie, gdy osiągamy cel. Widok wynagradza trud i każdą kroplę potu a doświadczenie zostaje w głowie na długo.
Trasa jest bardzo dobrze oznakowana. Co kilometr pojawiają się znaki informujące o przebytym dystansie. Całość, razem z przystankami i odpoczynkiem w Laguna de Los Tres, zajęło nam ok. 10 godzin.
Laguna Torre
Kolejnego dnia zwolniliśmy tempo i na spokojnie ruszyliśmy do Laguna Torre – jeziora, z którego wyłaniają się fragmenty lodowca. Szlak liczy 18 kilometrów, ale ma łagodniejszy charakter niż wycieczka do Laguna de Los Tres. Podejścia są krótsze i nie takie strome, jak w dniu wcześniejszym co sprawia, że szlak ma bardziej rekreacyjny charakter. Pogoda tym razem nie była idealna – chmury zasłaniały szczyty, a niewielki deszcz co jakiś czas przypominał, że tutaj rządzi natura.
Jezioro z dryfującymi kawałkami lodu, robi ogromne wrażenie. To inny rodzaj piękna – bardziej surowy i trochę tajemniczy. Trasa w obie strony zajmuje około 7 godzin i jest świetną alternatywą dla tych, którzy chcą doświadczyć Patagonii w nieco spokojniejszym rytmie.
Fitz Roy we wstecznym lusterku
Postrzępiony masyw górski, którego nie udało mi się zobaczyć w pierwszy dzień wyłonił się na pożegnanie w dniu wyjazdu. Widok oddalających się gór we wstecznym lusterku próbował odciągnąć moją uwagę od drogi.
Świadomość, że na trasie do El Calafete nie ma kompletnie nic, skłoniła nas do uzupełnienia paliwa w baku, ale co to była za stacja! Niewielki punkt z minimalistyczną infrastrukturą, która doskonale oddawała charakter tego miejsca. Blaszana budka, pojedynczy dystrybutor i oszałamiająca panorama gór.
Droga powrotna zaoferowała kwintesencję Patagonii – mieszankę żółtych odcieni suchych traw, z błękitem jezior i szaro-fioletowym kolorem chmur. Na prostej bezkresnej drodze obowiązuje ograniczenie prędkości do 110 km/h i prawie nie ma tutaj ruchu. Co jakiś czas jazdę urozmaica widok zwierząt: kondorów, lisów, czy sympatycznych guanako, które przypominają wyglądem lamy.
Jeśli jedziemy spokojnie, zgodnie z obowiązującymi przepisami Renault Logan z wolnossącym silnikiem 1.6 odwdzięczy się oszczędnością. Spalanie liczone przy dystrybutorze wyniosło 5,2 l/100. Samochód okazuje się znakomicie skrojony do lokalnych warunków. Jest prosty, wręcz spartański, ale przestronny i wytrzymały, a zawieszenie miękko znosi gorszy asfalt i szutr.
Łącznie pokonaliśmy Loganem 640 km. Ze spokojnym sumieniem mogę powiedzieć, że była to jedna z najpiękniejszych i najbardziej urzekających dróg, jaką miałam okazję przejechać samochodem.
Zobacz także:
- Test: Nowy Fiat Cronos 1.3 CVT. Jeździłam hitem argentyńskich dróg i już wiem dlaczego jest tak popularny
- Widziałam nowe Renault Boreal na żywo i powiem jedno: szkoda, że nie ma go w Polsce. To Dacia Bigster z wyższej półki












































































