Numerek trzeba podać! – krzyczy ktoś z końca korytarza. Mami, mami, nie! – odpowiada mu dwuletnie dziecko, które najwyraźniej też ma już dość procedur. Gdzieś z gabinetu pada imię: Krzysztof! I tak trwa zwykły dzień w ośrodku badań kierowców.
To miejsce, w którym państwo, medycyna, kolejka i ludzka cierpliwość spotykają się na kilku metrach kwadratowych. Na pierwszy rzut oka panuje tu chaos absolutny. Tłum ludzi, drzwi otwierają się i zamykają, ktoś wychodzi, ktoś wchodzi, ktoś czegoś nie wypełnił, ktoś czegoś nie przyniósł, ktoś czegoś nie zrozumiał. Na podłodze leży porzucony plecak. Na razie nikt się do niego nie przyznaje. W normalnych warunkach wzbudziłoby to alarm. Tutaj jest tylko kolejnym elementem scenografii.
– Kto do szóstki? A kto do siódemki? – pada pytanie.
I nagle dzieje się coś zaskakującego. W całym tym organizacyjnym zamieszaniu ludzie zaczynają układać sobie system sami. Panowie ustalają kolejność, sprawnie, rzeczowo, bez aplikacji, bez QR kodów, bez komunikatu głosowego. „Pan był przede mną”, „ja jestem za panem”, „nie, pan teraz”. Oddolna administracja obywatelska, albo jak kto woli polska szkoła przetrwania w kolejce.

– Tu był burdel zawsze – komentuje jeden z mężczyzn, który musiał wrócić, bo zabrakło jakiegoś papierka.
I trudno odmówić mu pewnej reporterskiej precyzji. Bo wszystko wygląda tu tak, jakby system działał nie dlatego, że został dobrze zaprojektowany, ale dlatego, że ludzie nauczyli się łatać jego dziury własnym rozsądkiem. Recepcjonistka woła o skierowania, lekarka krzyczy, żeby czekać od początku, ktoś zwalnia „szóstkę”, bo tam pobierają krew. Ktoś inny pyta, czy kolejka do „siódemki” jest ta sama. Odpowiedź niby prosta, ale w praktyce zależy od tego, kogo zapytasz i w którym momencie.
Młody kierowca stoi trochę zagubiony. Przyszedł zrobić badania. Może pierwsze w życiu. Formularz, glukoza, gabinet, czekanie, wywoływanie. Próbuje trzymać fason, bo przecież dorosłość zaczyna się między innymi od prawa jazdy.
– Ciężko tu, to pewnie ja tu będę – mówi ktoś z rezygnacją.
– Wszyscy tu siedzimy – odpowiada inny.
Wszyscy czekamy, aż ktoś nas wywoła, przyjmie, sprawdzi, ostempluje, odeśle albo przepuści dalej. Niby mamy numery, ale i tak trzeba pytać. Niby jest kolejność, ale i tak trzeba jej pilnować. Niby są gabinety, ale do końca nie wiadomo, czy teraz szóstka, siódemka, czy może najpierw skierowanie. Najbardziej zdumiewające jest jednak to, że ten chaos jakoś idzie do przodu. Powoli, nerwowo, zgrzytliwie, ale idzie. Ktoś wchodzi. Ktoś wychodzi. Ktoś ma pobraną krew. Ktoś dostaje zgodę. Ktoś wraca, bo zabrakło dokumentu. Ktoś wzdycha. Ktoś żartuje. Klimatyzacja, wbrew wszystkiemu, jeszcze daje radę.
– Ale to szybko jakoś idzie – mówi kobieta do telefonu relacjonując komuś swoje emocje ale trochę tak, jakby chciała wszystkich pocieszyć.
I może ma rację. Bo w tym dziwnym miejscu czas płynie inaczej, dziesięć minut może trwać pół godziny, ale pół godziny może nagle minąć w pięć minut, gdy człowiek usłyszy swoje nazwisko. Najpierw irytacja, potem rezygnacja, potem pogodzenie, potem nagle ruch. Szóstka. Siódemka. Gabinet. Dalej. Mam wrażenie, że ośrodek badań kierowców jest jakimś takim małym laboratorium polskiej codzienności jednej strony bałagan, niedopowiedzenia, papierki i kolejki. Z drugiej – ludzie, którzy mimo wszystko potrafią się dogadać.
Kierowcy, zanim wyjadą na drogę, muszą przejść przez pierwszy test: test cierpliwości i chaosu. Może to dobrze?







