Lewy pas autostrady powinien służyć do wyprzedzania, ale w Polsce to bardzo często pas rajdowy, co generuje niesamowite zamieszanie. Jedni wjeżdżają na lewy pas i zostają tam na długo, jadąc 115–120 km/h, bo za dwa kilometry będą wyprzedzać kolejną ciężarówkę. Inni dojeżdżają im do zderzaka, mrugają światłami i próbują wymusić zjazd, jakby sam fakt jazdy szybciej dawał im prawo do prywatnego pasa ruchu. Jeszcze inni skaczą między pasami, szukając luki. Nerwy.
Prawy pas, szczególnie w gęstym ruchu, zaczyna mieć swój dziwny urok, bo jedzie się tam wolniej, ale jakoś tak równiej. Mniej hamowania, mniej nerwów, mniej ludzi siedzących na zderzaku. I oczywiście nie zawsze jest idealnie, bo prawy pas to także ciężarówki, busy, auta z przyczepami i kierowcy jadący bardzo różnym tempem. Ale przynajmniej zasady są bardziej przewidywalne, jedziesz, trzymasz odstęp, wyprzedzasz tylko wtedy, gdy naprawdę trzeba a przede wszystkim nie bierzesz udziału w nieustannym pojedynku o każdy metr asfaltu.
Pokonujemy w redakcji tysiące kilometrów autostradami w miesiącu. Choćby wczoraj – kto leci na złamanie karku lewym pasem? Oczywiście kierowcy samochodów z charakterystycznym znaczkiem. Część zachowuje się kulturalnie, ale część… Nie da się tam jechać 140 km/h, bo momentalnie ktoś siada na zderzak, a taka jazda to proszenie się o dramat. Wystarczy jedno mocniejsze hamowanie, jedna chwila nieuwagi, jeden kierowca, który spanikuje i gwałtownie odbije. Jest nerwowo.
I chyba coraz częściej rozumiem tych, którzy wybierają spokojne 100 km/h prawym pasem. W polskich warunkach bywa to jedyny sposób, by przestać uczestniczyć w autostradowej wojnie nerwów. Po kilku godzinach jazdy człowiek wysiada po prostu mniej zmęczony… po prostu.
A zdecydowanie wolę dojechać, niż dojechać za wszelką cenę.







