Nissan jest w takim kryzysie, że część akcjonariuszy zaczyna publicznie wspominać człowieka, którego kilka lat temu firma chciała wymazać ze swojej historii. Podczas ostatniego walnego zgromadzenia padła propozycja powrotu Carlosa Ghosna. Pomysł został odrzucony, ale pytanie pozostało: czy Nissan potrzebuje własnego „momentu Steve’a Jobsa”?
To brzmi jak scenariusz filmu: dawny szef, wyrzucony z gry w atmosferze skandalu, obserwuje z daleka kłopoty firmy, którą kiedyś wyciągnął z dna. Akcjonariusze, coraz bardziej rozczarowani wynikami, zaczynają pytać, czy nie należałoby sprowadzić go z powrotem. W przypadku Apple taka historia wydarzyła się naprawdę. Steve Jobs po latach wrócił do przedsiębiorstwa, które było na skraju katastrofy finansowej, uporządkował ofertę, odciął zbędne projekty i rozpoczął jedną z największych metamorfoz w historii biznesu. Potem przyszły iMac, iTunes, iPod, iPhone oraz iPad. Apple z firmy walczącej o przetrwanie stało się globalnym gigantem.
Dziś podobne porównanie pojawia się przy Nissanie i Carlosie Ghosnie. Oczywiście analogia ma swoje granice. Jobs nie był ścigany przez japoński wymiar sprawiedliwości i nie uciekł z kraju w pudle po sprzęcie muzycznym. Ghosn od 2019 r. mieszka w Libanie, po spektakularnej ucieczce z Japonii, gdzie postawiono mu zarzuty dotyczące nieprawidłowości finansowych. Były prezes Renault-Nissan-Mitsubishi konsekwentnie zaprzecza zarzutom i twierdzi, że padł ofiarą spisku.

Podczas walnego zgromadzenia Nissana w Jokohamie jeden z akcjonariuszy zaproponował powrót Ghosna. Propozycja nie przeszła, a obecny prezes Ivan Espinosa zachował poparcie akcjonariuszy, ale sam fakt, że taki głos padł publicznie, jest dla zarządu bardzo mocnym sygnałem ostrzegawczym.
Sytuacja jest poważna bo firma co prawda realizuje program Re:Nissan, który zakłada redukcję 20 tys. miejsc pracy, zmniejszenie liczby fabryk samochodów z 17 do 10 do roku fiskalnego 2027 oraz cięcie kosztów o 500 mld jenów. To głęboka restrukturyzacja firmy, która musi jednocześnie mierzyć się ze słabszą sprzedażą, presją chińskich producentów, kosztowną elektryfikacją i niepewnością wokół przyszłości sojuszu z Renault oraz Mitsubishi.
Ghosn wykorzystał moment. W rozmowie z agencją Reuters stwierdził, że głosy za jego powrotem pokazują gniew akcjonariuszy i nostalgię za złotym okresem Nissana. Poszedł jeszcze dalej, sugerując, że bez radykalnej zmiany japońska marka może w przyszłości stać się dodatkiem do większego koncernu, być może chińskiego. Czy jednak Ghosn mógłby być dla Nissana tym, kim Jobs był dla Apple? To atrakcyjna teza, ale bardzo trudna do obrony w praktyce. Jobs wracał do Apple jako twórca produktu i wizji. Ghosn był przede wszystkim mistrzem finansowej dyscypliny, kosztów i zarządzania globalnym sojuszem. Apple potrzebowało w 1997 r. nowej opowieści o technologii. Nissan potrzebuje dziś produktu, marży, decyzji inwestycyjnych i odpowiedzi na chińską ofensywę cenową.
Źródło: Reuters







