Renault Captur II TCe 155 EDC na karkonoskich drogach (i nie tylko)

626
UDOSTĘPNIEŃ
2.1k
ODSŁON

Zobacz również

Postanowiliśmy zabrać Renault Captura w nieco bardziej, niż zwykle, wymagającą trasę. Zwykle moje testy obejmują odcinki rzędu 700-1.000 km i podróże po niezbyt wymagającym terenie, zwłaszcza jeśli chodzi o zróżnicowanie rzeźby terenu. Tym razem test był wszechstronniejszy – obejmował dystans blisko 2.650 km, z czego przeszło połowa przypadła na autostrady i drogi ekspresowe, a ładna część testu odbyła się na drogach położonych w Kotlinie Jeleniogórskiej. Test prezentujący samochód zamieszczamy niezależnie od niniejszego materiału, który jest spojrzeniem bardziej subiektywnym na auto, a do tego zawiera garść informacji na temat tego, gdzie nim pojechałem i co widziałem. I co mogę polecić Wam.

W dobie pandemii wielu Polaków wyruszyło na wakacyjny wypoczynek „w Polskę”. Niektórzy odkryli regiony, o istnieniu których – zwłaszcza w znaczeniu turystycznym – nie mieli dotąd pojęcia. Czytałem niedawno, że masa rodaków nagle zainteresowała się m.in. Lubelszczyzną, gdzie faktycznie miejsc urokliwych nie brakuje. Ja, choć nie jestem jakimś wielkim miłośnikiem gór, ruszyłem w Kotlinę Jeleniogórską, ale i wzniesień nie unikałem ;-) W podróż zabrałem Renault Captura II w najwszechstronniejszej (w mojej opinii) wersji – 1.3 TCe 155 EDC Intens. Wrażenia dotyczące samochodu zamieściłem tutaj. Ale i w niniejszym materiale nie zabraknie odniesień do tego udanego samochodu.

Renault Captur II TCe 155 EDC świetnie spisywał się na autostradach – średnie spalanie auta obciążonego czterema osobami i pełnym bagażnikiem wyniosło w takich warunkach 6,6 l/100 km. Podobne zużycie wyszło na krętych w dużej mierze drogach łączących miasta i miasteczka Kotliny Jeleniogórskiej. Tam prędkości były mniejsze, ale ruchu tzw. miejskiego, a w popularnych miejscowościach turystycznych także korków – nie brakowało. Jelenią Górę wybrałem na bazę dla naszych wypadów – tam nocowaliśmy, miasto także zwiedziliśmy.

JELENIA GÓRA

Pierwsze wrażenie było takie sobie. Najpierw mandat za nieco zbyt szybką jazdę, choć za to trudno winić miasto ;-) Moja wina. Inna sprawa, że patrol ustawiony był w miejscu idealnym do łapania: ja miałem z górki, jechałem drogą dwupasmową, o małym obłożeniu ruchem. Ale spoko. Sama Jelenia Góra na pierwszy rzut oka zrobiła trochę przygnębiające wrażenie. Wiele odrapanych, zaniedbanych wręcz budynków, pustki na ulicach w centrum (była sobota), jakaś taka małomiasteczkowość bijąca z niegdyś miasta wojewódzkiego przecież! Ale później było już tylko lepiej!

Dziś Jelenia Góra, to mniej więcej 80-tysięczne miasto liczące sobie dobrze ponad 700 lat. Cała Aglomeracja Jeleniogórska utworzona pięć lat temu liczy sobie jednak blisko 210.000 mieszkańców. W skład Aglomeracji wchodzi osiemnaście gmin, w tym siedem miast. To ciekawa destynacja, w której jest co robić bez względu na porę roku.

Wróćmy jednak do miasta. Poruszaliśmy się po nim samochodem – wszak chodziło o test w różnych warunkach. Nawet w centrum Jeleniej Góry można znaleźć parkingi, gdzie nie ma parkomatów. Generalnie w dni powszednie parkowanie jest płatne, ale są miejsca takimi opłatami nie objęte. I nie mam tu na myśli galerii handlowych. Przyjemny jest Rynek, w centralnej części którego stoi Ratusz. Wiele kamieniczek w poszczególnych pierzejach Rynku jest już odnowionych, ale są wciąż takie, które na remont czekają. Na Rynku działa wiele restauracji, w których można nieźle zjeść, a ceny tam są niższe, niż w pobliskim Karpaczu na przykład.

Na Rynku, przed Urzędem Miasta, stoi Agencja Pocztowa „Tramwaj”. To miejsce, gdzie kupicie widokówki, magnesy, mapy i mnóstwo innych gadżetów i pamiątek turystycznych. Najważniejsze jednak jest to, że pracujący tan Pan jest człowiekiem naprawdę zaangażowanym nie tyle w swoją pracę, co wręcz misję! Warto zamienić z nim chociaż kilka zdań – to prawdziwy miłośnik miasta i regionu!

Jeśli chodzi o jedzenie, to w Jeleniej Górze polecam miejsce o nazwie Sofa Restauracja Beer&Burger (Plac Ratuszowy 13). Dobrze, rozsądnie cenowo, choć w sezonie zdarzają się sytuacje, że trzeba dość długo czekać na realizację zamówienia. Nas lojalnie o tym uprzedzono, a jak się okazało – otrzymaliśmy zamówione dania sporo wcześniej, niż wynikało to z owego ostrzeżenia ;-) Było tam o tyle fajnie, że parę dni później wróciliśmy na obiad w to samo miejsce!

Jeśli lubicie gruzińską kuchnię, to na deptaku na ul. 1-go Maja mieszczą się Gruzińskie Smaki. Miejsce tanie, jedzenie całkiem smaczne (polecam szczególnie chinkali), choć brak zimnych napojów (skończyły się) wydaje się niepojęty ;-)

Niezłe jedzenie zastaliśmy także na wlocie do Jeleniej Góry od strony Karpacza w przydrożnej Mazurkowej Chacie. Spory parking jest plusem, ale i sama restauracja okazuje się przestronna. Są też, oczywiście, miejsca na zewnątrz, co przy pięknej letniej pogodzie stanowi duży plus. Obok zorganizowano także plac zabaw dla dzieci. Mazurkowa Chata jest miejscem nieco droższym, ale wciąż w granicach rozsądku. Jedzenie jest dobre, nawet nie trzeba było na nie długo czekać, jedynie pieróg z ciasta naleśnikowego z kurczakiem i warzywami był zbyt słony. Ruskie pierogi, pierś z kurczaka, borowikowa i pstrąg z pieca okazały się bardzo smaczne. Znakomity, obłędny wręcz, był chleb, który zamówiłem do pstrąga.

Co warto zobaczyć w Jeleniej Górze?

Na pewno przejdźcie się na Starówkę i obejrzyjcie nie tylko kamieniczki w Rynku i okolicach, ale też dwie baszty w zachodniej części Starego Miasta – Grodzką i Zamkową. Po drugiej stronie Starówki można odpocząć w parku okalającym kościół Podwyższenia Krzyża Świętego. Jest on o tyle ciekawy, że stanowi jednocześnie cmentarz i swoistą galerię sztuki funeralnej. Mimo bliskości Starówki w parku generalnie panuje zadziwiająca cisza i spokój. Sam kościół z kolei jest ciekawy choćby z uwagi na to, że organy umieszczone są za ołtarzem, a nie naprzeciwko niego, jak to zwykle ma miejsce.

Zwykle sądzi się w naszym kraju, że cerkwie, a więc świątynie obrządku prawosławnego, znajdują się we wschodniej części Polski. Cerkiew prawosławną znajdziecie też w Jeleniej Górze. Jest niewielka, ale nie da się jej nie zauważyć. Ikonostas pochodzi z Lubelszczyzny. Można też udać się do położonego w południowo-wschodniej części miasta Parku Paulinum z pałacem o tej samej nazwie. Teraz mieści się w owym pałacu hotel, a park momentami bardziej przypomina las, ale jest to miejsce, gdzie można pospacerować i odpocząć od gwaru.

CIEPLICE ŚLĄSKIE-ZDRÓJ

To w zasadzie część Jeleniej Góry. Mieści się tam aquapark Termy Cieplickie (acz nie jest zbyt spektakularny, jednak warto tam zajrzeć), w kompleksie którego znajdziecie też jakieś spa i strefę fitness. Parking przed Termami jest bezpłatny, ale niezbyt duży. W pobliżu można jednak znaleźć inne miejsca parkingowe. Po sąsiedzku zlokalizowano Park Zdrojowy. Znam ładniejsze i większe, ale i temu uroku odmówić nie można. W pobliżu północnego wyjścia z Parku znajduje się Pałac Schaffgotschów, dziś mieszczący filię Uniwersytetu Wrocławskiego. To okazały, długi na ok. 80 metrów budynek z pięknymi elementami dekoracyjnymi na fasadzie. Sam deptak wiodący przed Pałacem jest pięknie udekorowany kwiatami – warto się tam przejść. Możecie też zajrzeć do Parku Norweskiego położone na południowy zachód od Term. To niezła atrakcja dla dzieci, ale nie tylko – funkcjonuje tam plac zabaw z zewnętrzną siłownią. Do tego stawik i trochę zwierzyny (kaczki, wiewiórki, podobno nawet wydry).

Zajrzeliśmy też do Appetit Cafe. Zamówiliśmy kilka różnych deserów i kawę. Na realizację zamówienia czekaliśmy krótko, a wszystko okazało się smaczne. Ceny niezbyt niskie, ale też nie jakieś szokująco wysokie biorąc pod uwagę lokalizację (uzdrowisko).

Cieplice Śląskie-Zdrój, zwłaszcza w części uzdrowiskowej, to urokliwa część Jeleniej Góry. Spokojna, jak przystało na uzdrowisko, z przyjemnymi miejscami, choć niezbyt duża. Za to zaparkować samochód można za darmo.

KOLOROWE JEZIORKA

To atrakcja przyciągająca wielu turystów. Przyznam szczerze, że się aż zdziwiłem, jak wielu! Dobrze, że pojechaliśmy Capturem II dość wcześnie, to udało nam się zaparkować na dobrze, choć nie najwyżej położonym parkingu. Obok płynie strumyk, ale naszym celem były Kolorowe Jeziorka. Najlepiej jest dotrzeć do wsi Wieściszowice w powiecie kamiennogórskim i stamtąd ruszyć piechotą pod górę. Najbliżej, w zasadzie tuż za bramą Rudawskiego Parku Krajobrazowego, jest Żółte Jeziorko. Jest najmniejsze i najmłodsze ze wszystkich. Realnie kojarzy się z większą kałużą i nie robi zbyt dobrego wrażenia z uwagi na osady znajdujące się na wodzie. Na szczęście jednak nie jest forpocztą tego, co czeka nas dalej.

Między Żółtym i Purpurowym Jeziorkiem mamy ciekawą formację skalną. Jeziorko Purpurowe jest dużo większe i powstało po zalaniu wyrobiska Nadzieja w uruchomionej w 1785 roku najstarszej w tym miejscu kopalni pirytu. Woda jest roztworem kwasu siarkowego i przy odrobinie fantazji można dostrzec jej niby purpurową barwę. Brzegi jeziora są piaszczyste od strony północnej i skaliste, strome, od wschodu, południa i zachodu. Na skałach rosną drzewa. Miejsce jest naprawdę malownicze.

Kolejne na trasie jest Jeziorko Błękitne, czasem zwane też Lazurowym. Trzeba do niego przejść wśród drzew (uwaga na wystające korzenie), pod górkę, ale to łatwy spacer (przewyższenie między jeziorkami Purpurowym i Błękitnym wynosi 75 metrów). Od Purpurowego dzieli je kilkaset metrów. Nawet mimo natłoku turystów powinno tam być w dobie pandemii dość bezpiecznie – w większości miejsc idzie się szerokim traktem przez las niemal pozbawiony krzaków. Samo Błękitne Jeziorko ma owalny kształt i faktycznie barwę turkusową, ale bardziej wpadającą w zieleń. Kolor zawdzięcza związkom miedzi. Woda jest czysta, a głębokość dochodzi do 20 metrów. Wokół przybrzeżnej roślinności lata mnóstwo ważek.

Ostatnie jeziorko, Zielone, znajduje się ponad 1.000 metrów dalej i trzeba pokonać przewyższenie wynoszące 95 metrów. Może się zdarzyć tak, że po dojściu do miejsca, gdzie to jeziorko jest, stwierdzicie, że go… nie ma. Jest małe i pojawia się zwykle po intensywnych opadach deszczu. Jeśli więc przed Waszą wizytą tam był okres suszy, to możecie się poczuć zawiedzeni. Na stronie https://kolorowejeziorka.pl/ piszą wręcz, że to jeziorko pojawia się niezwykle rzadko, więc my odpuściliśmy sobie spacer w to miejsce.

Przy Purpurowym Jeziorku znajdziecie punkt gastronomiczny oraz stragan z pamiątkami.

RUINY ZAMKU BOLCZÓW

Jakieś 11 km z Wieściszowic (podaję odległość drogową dla zmotoryzowanych) jest wieś Janowice Wielkie. To miejsce, w którym dobrze jest zaparkować samochód i wspiąć się na wzgórze, na którym zbudowano Zamek Bolczów. Dziś pozostały z niego tylko ruiny, ale jest gdzie pochodzić. Samo podejście, startując z ulicy Zamkowej, zaczyna się bardzo łagodnie. Później las się zagęszcza, pojawiają się skały, a droga pnie się nieco bardziej stromo. Mimo wszystko zdrowy człowiek nie powinien mieć najmniejszych problemów z pokonaniem przewyższeń. Cały spacer pod górkę, zależnie od indywidualnego tempa, wynieść może około pół godziny. Spacer, nie gonitwa ;-)

Kiedy stanąłem przed dawną bramą zamkową zapytałem – Kurczę, lazłem tu dla tych paru fragmentów ścian z kamieni? Przekroczywszy most nad starą fosą i wchodząc na teren zamku stwierdziłem, że jest tego sporo więcej. A w pozostałościach jest znacznie więcej ludzi, niż mogłem się tego spodziewać. O samym zamku możecie poczytać tutaj, a ja przyznaję, że warto było się wspinać, choć komary żarły o wiele bardziej, niż przy Kolorowych Jeziorkach. Tam ich w zasadzie nie było. Na szlaku do ruin zamku szalało ich mnóstwo!

Z niektórych miejsc w ruinach rozciągają się piękne widoki na okolicę. Inne widoki zasłaniają góry i drzewa ;-) Generalnie jednak warto zajrzeć w to miejsce. Zwiedzanie jest, oczywiście, bezpłatne.

ŚWIERADÓW-ZDRÓJ

Nazwa uzdrowiska pochodzi z czasów bezpośrednio powojennych, kiedy pojawiła się potrzeba nadania polskiej nazwy w miejsce niemieckiej. Są dwie teorie na temat pochodzenia nazwy. Pierwsza mówi o nawiązaniu do świętego Świerada, męczennika z X-XI wieku, co byłoby raczej dość dziwne w czasach, kiedy nadawano nazwę. Trudno sobie wyobrazić, by czerpano z religii w sytuacji wprowadzania materialistycznego spojrzenia na świat. Druga teoria nawiązuje do powszechnych w okolicznych lasach świerków oraz źródeł wód radonowych. Wody te od dawna bowiem służą celom leczniczym. Dzisiejszy Świeradów-Zdrój jest bowiem uzdrowiskiem od co najmniej XVIII wieku.

Będąc w Świeradowie-Zdroju z pewnością natkniecie się na żaby. Czy to na jednej z fontann, czy w sklepach z pamiątkami. O co chodzi? Zacytuję Wikipedię: „Według legendy przebywający na terenie Świeradowa-Zdroju – dawniej Bad Flinsberg – berliński lekarz Leonard Thurneyssen, podczas spaceru zaobserwował w jednym ze źródeł leżącą martwą żabę. Początkowo nie wzbudziła ona większego zainteresowania lekarza, jednakże podczas następnego spaceru w okolice źródła za zdziwieniem stwierdził, iż żaba nie ulega rozkładowi. Zaintrygowany tym faktem napisał w swoim dziele z 1572 r. w księdze dziesiątej w rozdziale dwudziestym o świeradowskich wodach mineralnych krótką wzmiankę, wskazując na ich lecznicze właściwości”. Podobny tekst usłyszeliśmy od właściciela sklepu z pamiątkami.

Świeradów-Zdrój jest urokliwym miasteczkiem. Koniecznie trzeba pospacerować po parku zdrojowym, podejść pod Dom Zdrojowy, zajrzeć do hali spacerowej, w której mieści się pijalnia wód mineralnych (można kupować wodę „na kubki”). Warto pospacerować po miasteczku, a na miłośników białego szaleństwa (i nie tylko!) czeka Ośrodek Ski & Sun Świeradów-Zdrój. Kolejką gondolową można wjechać na Stóg Izerski. Bilet w obie strony kosztuje 50 zł, ulgowy 40 zł, ale przysługuje od jedynie dzieciom w wieku 4-13 lat (za okazaniem imiennej legitymacji) oraz osobom w wieku powyżej 65 lat.

Odwiedzając Świeradów-Zdrój warto zwiedzić także okolicę, nie tylko zresztą po polskiej stronie granicy. W Czechach jest miasto Frydlant z zamkiem o tej samej nazwie. Można skorzystać z wycieczki zorganizowanej, lub pojechać tam samochodem. Zarządca zamku informuje, że dostępność dla osób z dysfunkcjami ruchu jest mocno ograniczona – trasy zwiedzania obejmują wiele schodów. Ze Świeradowa-Zdroju do Frydlantu jest raptem ok. 25 km, jeśli więc lubicie takie atrakcje, to warto podskoczyć. Stamtąd zresztą można pojechać dalej na zachód i znowu pojawić się w Polsce. To szczególnie interesujący wariant dla tych, którzy chcieliby obejrzeć okolice Bogatyni. Fani przemysłowego krajobrazu (Kopalnia Węgla Brunatnego Turów i Elektrownia Turów mogą zrobić wrażenie). Sama Bogatynia zaś przyciąga miłośników budownictwa przysłupowo-zrębowego / przysłupowo-ryglowego.

SZKLARSKA PORĘBA

Po drodze ze Świeradowa-Zdroju do Jeleniej Gory jest słynne miasteczko o charakterze turystycznym. To Szklarska Poręba. Leży u stóp Szrenicy (spory ośrodek narciarski). Ponieważ jednak byliśmy tam latem, więc i nartami się specjalnie nie interesowaliśmy.

Pospacerowaliśmy po miasteczku, zjedliśmy obiad w Młynie Łukasza, podjechaliśmy pod Wodospad Szklarki (mogą się tam dostać nawet osoby na wózkach inwalidzkich) i czas nam się tego dnia zaczął kurczyć.

Idąc dalej ścieżką dydaktyczną (tam już wózkiem raczej się nie dotrze, a na pewno nie samemu) można jeszcze obejrzeć Mały wodospad. Nie zapomnijcie kupić w budce przy parkingu biletów uprawniających do wstępu do Karkonoskiego Parku Narodowego! Normalny kosztuje 8 zł, ulgowy jest o połowę tańszy. Jeśli macie trochę czasu, to warto pochodzić po okolicach Szklarskiej Poręby – to urokliwe okolice z ciekawymi formacjami skalnymi i pięknymi widokami.

Po drodze ze Świeradowa-Zdroju do Szklarskiej Poręby znajduje się Zakręt Śmierci. Sam w sobie nie jest trudny do pokonania, choć nazwa przywodzi jakieś mrożące krew w żyłach historie. Nie ma się czego obawiać! Od strony Świeradowa-Zdroju zlokalizowany jest parking – można tam kupić pamiątki i coś do jedzenia. Można też wejść między drzewa i dotrzeć do platformy widokowej, skąd roztacza się panorama na Szklarską Porębę, Szrenicę i inne góry w okolicy. Są też parkingi z drugiej strony.

ZAMEK KSIĄŻ I PALMIARNIA

Postanowiliśmy wyskoczyć też nieco dalej. Jelenią Górę od Wałbrzycha dzieli około 60 km (zależnie od trasy). Nawigacja Captura II wybrała nam drogę przez obwodnicę Bolkowa, Dobromierz i Świebodzice. Pojechaliśmy zwiedzić Zamek Książ. To była moja trzecia, bądź czwarta wizyta w tym obiekcie, ale zawsze chętnie tam wracam. Zamek powstał pod koniec XIII wieku. Był wielokrotnie przebudowywany, co i dziś można dostrzec w poszczególnych częściach budowli. Posiada zbiory sztuki, mebli i jest naprawdę fajnie odnowiony. Zwiedza się go z dobrze przygotowanym audioguidem, albo z przewodnikiem. Oczywiście z zachowaniem reżimu sanitarnego w związku z pandemią koronawirusa.

Kupując bilet uprawniający do zwiedzania zamku nabywacie też prawo spaceru po tarasach przy zamku oraz odwiedzenia palmiarni zlokalizowanej ok. 2,5 km od Książa. Można też kupić – za dodatkową opłatą – bilet na zwiedzanie niedawno udostępnionych podziemi. Są też dostępne bilety uprawniające do zwiedzania zamku, palmiarni, Starej Kopalni oraz Muzeum Porcelany. Osobno kupuje się bilet do Muzeum Hochbergów. Można też obejrzeć jedynie tarasy zamkowe i palmiarnię, bez wchodzenia do zamku. Dostępne jest także zwiedzanie nocne. Zarówno zamek, jak i tarasy, są realnie niedostępne dla osób na wózkach inwalidzkich.

Palmiarnię warto odwiedzić. Problemem może być stosunkowo mały parking przed wejściem na teren obiektu, ale zdecydowanie warto tam się wybrać. Obiekt liczy sobie przeszło 100 lat i jest co oglądać. Niektóre rośliny są tu hodowane na sprzedaż – w lokalnym sklepiku kupicie ładne okazy.  W palmiarni jest też coś dla fanów fauny – hodowla lemurów, żółwi błotnych i pawi. Jest też kilka akwariów.

Palmiarnię można zwiedzać także na podstawie odrębnego biletu – normalny kosztuje 12 zl, ulgowy – 8 zł. Obiekt mogą zwiedzić także osoby niepełnosprawne na wózkach.

SZCZAWNO-ZDRÓJ

Z Wałbrzychem sąsiaduje kolejne uzdrowisko – Szczawno-Zdrój. W moim odczuciu jest nieco mniej atrakcyjne od Świeradowa-Zdroju, ale i tak warto je odwiedzić. Tu też jest park zdrojowy (nosi imię Henryka Wieniawskiego) i pijalnia wód mineralnych (w hali spacerowej, odkrytej z jednej strony na park). Uzdrowiskowy charakter kiedyś wsi, a dziś miasta, znany jest od średniowiecza. Tutejsze wody lecznicze, szczawy wodorowęglanowo-sodowo-wapniowe, przebadano po raz pierwszy pod koniec XVI wieku. Szczawno przez kilkaset lat należało do rodu Hochbergow, tych samych, do których przez kilka stuleci należał Zamek Książ.

Wypocząć można nie tylko w parku zdrojowym, ale też w Parku Szwedzkim. Sporo tu starych drzew, niektóre z nich są pomnikami przyrody. Jest tu ogródek jordanowski, dwa stawiki, siłownia na świeżym powietrzu itp.

W Szczawnie-Zdroju przez lata wypoczywało wiele znanych osób. Był król Grecji Konstanty I, cesarz Niemiec Wilhelm II Hohenzollern, car Rosji Mikołaj I, Winston Churchill, a także wielu przedstawicieli sztuk różnorakich – Jan  Brzechwa, Joseph Conrad, Jarosław Iwaszkiewicz, Zygmunt Krasiński, Iwan Turgieniew, Narcyza Żmichowska, czy wspomniany już Henryk Wieniawski. Dla upamiętnienia jego koncertów organizowanych w latach 1855-1857 w Szczawnie-Zdroju organizowane są festiwale imienia Wieniawskiego. W mieście stoi pomnik słynnego kompozytora.

W Szczawnie-Zdroju jedliśmy w Legendzie. To przyjemna restauracja ze smacznym jedzeniem, niestety czas oczekiwania na zamówienie mocno się wydłużał. Być może to efekt pandemii – niektóre restauracje zredukowały personel i jeszcze go nie odbudowały. Na obronę Legendy napiszę, że kelnerzy ganiali, jak oparzeni, to ewidentnie kuchnia się nie wyrabiała. Jeśli siądziecie na dworze, to mogą do Was dochodzić nieprzyjemne zapachy ze zlokalizowanego przy ulicy śmietnika – to obniża notę.

KARPACZ

Karpacz, to miejsce znane i lubiane wśród turystów. Będąc w Jeleniej Górze nie sposób tam nie pojechać. Renault Captur II świetnie czuł się na licznych w tym mieście podjazdach i zjazdach. Wersja z automatem i 155-konnym silnikiem spisywała się znakomicie, a relatywnie niewielkie gabaryty pozwalały wpasować się w nieliczne miejsca parkingowe. Swoją drogą –nietanie. Ale cóż – był szczyt sezonu turystycznego.

Karpacz, to kolejne urokliwe miasteczko, a w zasadzie miasto. To punkt wypadowy na Śnieżkę, ale też miejsce samo w sobie oferujące wiele atrakcji. Niewątpliwie jedną z najważniejszych jest kościół Wang. To obiekt sakralny praktycznie niespotykany poza Skandynawią. Skąd wziął się w Karpaczu? Właśnie z północnej Europy, z norweskiej miejscowości Vang, akąd ściągnięto go na polecenie króla pruskiego Fryderyka Wilhelma IV. Kościół rozmontowano, szczegółowo opisano jego elementy, po czym dostarczono do Karpacza i tu zmontowano. Unikat po prostu. Zwiedzanie kosztuje 10 zł (ulgowy 5 zł), zapłacić trzeba nawet za samo wejście na otaczający kościółek plac. Kościół jest siedzibą Parafii Ewangelicko-Augsburskiej. Po jego północnej stronie znajduje się mały cmentarzyk, na którym pochowany jest m.in. Tadeusz Różewicz.

Warto pokręcić się uliczkami Karpacza. Turystów jest tu zawsze masa. Nie brakuje hoteli i pensjonatów, jest też mnóstwo lokali gastronomicznych i różnych atrakcji przyciągających turystów. Jeśli lubicie letnie tory saneczkowe, to zajrzyjcie do Kolorowej na Parkową 10.

ŚNIEŻKA

Jak wspomniałem, Karpacz jest polską bazą wypadkową na Śnieżkę. Prowadzą tam różne szlaki, ale jeśli macie gorszą kondycję, albo mało czasu, możecie skrócić wyprawę korzystając z wyciągu na Kopę. Można podjechać na ul. Olimpijską i stamtąd pójść do dolnej stacji kolejki, albo wjechać inną kolejką z Karpacza (z ronda Karpacz Biały Jar) na wspomnianą ul. Olimpijską.

Wjazd na Śnieżkę wyciągiem Zbyszek trwa niespełna 10 minut. Wjeżdża się na wysokość 1.350 m n.p.m., po czym czeka Was mniej więcej godzinny spacerek na Śnieżkę. Szlakiem czarnym (Droga Przyjaźni Polsko-Czeskiej) w sezonie można (teoretycznie) tylko wejść na górę. To dość strona droga, więc jeśli nie czujecie się na siłach, wybierzcie raczej szlak niebieski, czyli brukowaną drogę wiodącą na szczyt wokół Śnieżki. Jest dłuższa, ale dużo łatwiejsza – jeżdżą nią nawet samochody (z zezwoleniami), można tam wjechać rowerem, czy pójść z wózkiem dziecięcym. Dla tych, którzy kompletnie nie chcą się męczyć, jest jeszcze jedna droga alternatywna. To kolejka po czeskiej stronie, która dociera naprawdę prawie pod szczyt. Widziałem, że sporo ludzi docierało na Snieżkę właśnie tą kolejką (zamknięte wagoniki). Dotrzeć do dolnej stacji tej kolejki można też autobusem z Karpacza – aktualnie kosztuje to 19 zł (w jedną stronę), ale są zniżki dla dzieci. Pozwala to zaoszczędzić na kosztach parkingu po czeskiej stronie.

Widoki ze Śnieżki są naprawdę atrakcyjne. Na szczycie (1.603 m n.p.m.) wcale nie zawsze jest tak zimno, jak przestrzegają niektóre strony internetowe. Za to chmury potrafią wisieć nad samą górą ;-) Na szczycie na pewno będzie dużo ludzi. Nie jestem fanem gór, rzadko włażę gdzieś na jakiś szczyt, ale na Śnieżkę się wdrapałem i nie żałuję.

ZAMEK CZOCHA

Zbliżamy się powoli do końca naszej wyprawy Capturem II (przypominam – test tego samochodu znajdziecie tutaj LINK) po karkonoskich drogach. To jednak – zgodnie z tytułem – nie wszystko. Postanowiliśmy bowiem pojechać także nieco dalej. Na pograniczu śląsko-łużyckim, na cyplu Jeziora Leśniańskiego, stoi bowiem Zamek Czocha. Już dawno chciałem go zobaczyć, skoro więc byliśmy u sto Karkonoszy, nie mogłem przepuścić takiej okazji. Mój apetyt na zwiedzanie tego zamku zaostrzyła jeszcze przed kilkoma miesiącami lektura książki Krzysztofa Bochusa „Boski znak”. Nic więc dziwnego, że pojechaliśmy tam i zwiedziliśmy zarówno zamek, jak i wystawy czasowe.

Czochę zbudowano w połowie XIII wieku. Dość burzliwe były dzieje zamku, ale jego prawdziwy rozkwit nastąpił na początku XX wieku, kiedy w jego posiadanie wszedł bogaty przemysłowiec, Ernst Gütschow. Był wielkim kolekcjonerem dzieł sztuki, których wiele zaginęło w powojennej pożodze. Naprawdę ciekawie opisał to, oczywiście w formie beletrystycznej, wspomniany Krzysztof Bochus.

Bilety uprawniające do zwiedzania zamku kosztują 22 zł (normalny) i 16 zł (ulgowy), ale te drugie przysługują tylko dzieciom i młodzieży do lat 15 oraz osobom niepełnosprawnym. Nie ma co jednak liczyć na wjechanie tam wózkiem inwalidzkim. Można też wybrać bilety w cenie 36 zł / 25 zł i oprócz zamku obejrzeć także Gabinet Osobliwości oraz sale tortur. To o tyle lepiej, że można to zrobić oczekując na swoją godzinę zwiedzania zamku (to odbywa się z przewodnikiem). Są też bilety rodzinne, które zainteresują zapewne ludzi z małymi dziećmi (100 zł dla rodziny 2+2, 120 zł dla rodziny 2+3, a w przypadku powiększenia o sale tortur i Gabinet Osobliwości odpowiednio 116 zł i 140 zł). Można też – za 8 zł (6 zł ulgowy) zwiedzić (bez przewodnika) same dziedzińce.

JEZIORO TURKUSOWE I LICHEŃ

Na początku opisałem Kolorowe Jeziorka. Wiedziony kilkoma doniesieniami medialnymi postanowiłem też pojechać nad Jezioro Turkusowe. Media lubowały się tego lata w określaniu go mianem polskich Malediwów. Faktycznie – przy sprzyjającym świetle można mieć skojarzenia z turkusową wodą otaczającą archipelag na Oceanie Indyjskim. Tyle, że Jezioro Turkusowe znajdujące się w pobliżu wsi Wieruszew na północ od Konina niespecjalnie nadaje się do kąpieli. To znaczy kompletnie się nie nadaje. Woda w nim ma silnie zasadowy odczyn. Choć więc potrafi wyglądać pięknie, jest niebezpieczna dla istot żywych. Jezioro Turkusowe, to zbiornik poprzemysłowy po odkrywce kopalni węgla brunatnego. Do tego zbiornika zrzucano odpady z wyrobiska. Ich mineralizacja zabarwiła wodę. Dostęp do zbiornika jest niełatwy. My odpuściliśmy (są też tabliczki z ostrzeżeniami o zakazie wchodzenia). W okolicy jest też Zespół Elektrowni Pątnów–Adamów–Konin. Elektrownię Pątnów widać na jednym ze zdjęć za Capturem.

Podobne, ale chyba łatwiej dostępne jeziorko znajduje się też na wschód od Turku, we wsi Gajówka. To jakieś 50-60 km od Wieruszewa, zależnie od wybranej drogi. Tam jednak brzegi są grząskie niczym ruchome piaski i trzeba uważać, by nie zostać wciągniętym!

Bliżej, bo raptem około 10 km jest znad Jeziora Turkusowego do Lichenia. Tak, tego Lichenia ;-) Skoro byliśmy tak blisko, to grzechem ;-) byłoby nie zajechać. Delikatnie mówiąc nie jestem fanem nowoczesnego budownictwa sakralnego, zwłaszcza w Polsce. Bazylika jest niewątpliwie imponująca, ale czy piękna? To kwestia gustu. W mój nie trafia. Trochę lepiej jest w środku. Cały kompleks zajmuje ogromny obszar i w moim odczuciu jest przede wszystkim kombinatem służącym do wyciągania kasy z pątników i turystów. Acz przyznać trzeba, że obszar jest zadbany. Czy jednak kompleks nie jest zbyt narodowy i politycznie zaangażowany, a za mało uduchowiony? Tu każdy musi sobie odpowiedzieć sam. W moim odczuciu jeśli szuka się zadumy i religijnego skupienia, to chyba jednak warto poszukać gdzie indziej… Może zresztą to kwestia mojego podejścia do wiary i religii – nie lubię tu ostentacji. Na pewno jednak znajdą się ludzie, których Licheń zachwyci.

Jeżdżąc po Dolnym Śląsku, w okolicach opisanych powyżej (pomijając, rzecz jasna, pozycję ostatnią, która na Dolnym Śląsku nie leży) widziałem naprawdę dużo Capturów. Fakt, to były egzemplarze pierwszej generacji, ale widać wyraźnie, jak popularne to jest auto w tym regionie! W ogóle jeździ tam sporo samochodów francuskich, ale Captury były wręcz wszechobecne. Czy druga generacja zdobędzie podobna popularność? Być może komuś przyda się w podjęciu decyzji test tego auta, który zamieściłem tutaj.

A tymczasem kończymy już opis naszej wakacyjnej wyprawy Renault Capturem II TCe 155 EDC Intens. Samochód spisał się znakomicie, my odbyliśmy przyjemną podróż i zobaczyliśmy wiele ciekawych miejsc. Polecam Wam i Captura II, i okolice Jeleniej Góry!

 

Oczywiście powyższa relacja jest bardzo subiektywna i – siłą rzeczy – skrócona. Ma stanowić bardziej inspirację, zachętę do zwiedzenia opisanych okolic, niż choćby cień przewodnika.

 

Dziękuję Firmie Renault Polska za udostępnienie samochodu do testu.

 

 

Krzysztof Gregorczyk; zdjęcia: Krzysztof Gregorczyk, Aleksandra Gregorczyk.

Galeria