Chat with us, powered by LiveChat

Dacia Logan MCV – 7 osobowe kombi, proste ale niezawodne

3 57

Możemy teraz z pełnym przekonaniem powiedzieć, że Logan MCV przekracza oczekiwania. 7-miejscowy samochód przy bezkonkurencyjnej cenie, daje swojemu właścicielowi więcej powodów do zadowolenia, niż można się tego spodziewać przy zakupie. Przez kilka dni, w trasie, na gorąco notowaliśmy nasze spostrzeżenia i publikowaliśmy je na bieżąco na naszych stronach. Teraz przyszedł czas na podsumowanie. Zapraszamy więc do lektury pierwszego długodystansowego testu Francuskie.pl.


Na wstępie skrócony opis trasy, aby łatwiej można było sobie wyobrazić jak daleko zajechał nasz Logan – wyruszyliśmy z Warszawy, miejscem docelowym była Genewa, a właściwie Evian, po francuskiej (południowej) stronie Jeziora Genewskiego. Tam nocowaliśmy, by rano przejechać krótki odcinek na zachód i odwiedzić genewski Salon Samochodowy. Relację z tej ważnej imprezy przedstawimy oddzielnie. Z Genewy pojechaliśmy do Marsylii położonej malowniczo na brzegu Morza Śródziemnego. Znowu nocleg, rano przejazd wybrzeżem morza Śródziemnego (z postojem w Cannes) do Włoch a konkretnie do Wenecji. Później przez Austrię i Słowację do Polski. I tak przez 3 doby przejechaliśmy 4500 kilometrów.

A jak to wszystko się odbyło? Zapraszamy do lektury szczegółowego opisu naszych wojaży.


Ruszamy: 8 marca – godziny poranne

Zaczynamy nasz test Dacii Logan MCV. Zgodnie z wczorajszą zapowiedzią, ekipa Francuskie.pl ruszyła w trasę wcześnie rano. O godzinie 5:00 z podwarszawskiego Piaseczna wyjechaliśmy w stronę granicy polsko-niemieckiej. Samochód został zatankowany do pełna. Pod maską mamy 16-zaworowy silnik o pojemności 1.6 litra, dysponujący ponad setką koni mechanicznych mocy. Wyposażenie samochodu obejmuje pakiet elektryczny – są elektryczne przednie szyby i elektryczne lusterka, radio CD, klimatyzacja oraz komputer pokładowy. Siedzenie kierowcy ma regulację podparcia lędźwiowego. No i oczywiście auto dysponuje siedmioma miejscami siedzącymi, pełnoprawnymi – każdy z pasażerów dysponuje normalnej wielkości miejscem – łącznie z tymi z tyłu! Logan objęty jest 3-letnią gwarancją (limit 100.000 kilometrów), co może świadczyć o tym, że producent jest pewny swojego auta i możemy liczyć na solidne wykonanie. No cóż, zobaczymy.

Już po pierwszych kilometrach z trzema osobami na pokładzie, możemy coś powiedzieć o jakości wykonania wnętrza, wyciszeniu i wygodzie. Przednie fotele są szerokie, dają naprawdę niezłe oparcie boczne. Natomiast siedziska są odrobinę za krótkie. Mimo to po 300 kilometrach jazdy nie czuje się zmęczenia. Siedzi się wysoko. Z przodu kierowca ani pasażer prawego fotela nie mają wrażenia jakiejś ogromnej przestrzeni, która się za nimi rozpościera. Trzeba się obejrzeć, by dostrzec jak duży jest Logan MCV. Kanapa w środkowym rzędzie siedzeń jest dzielona i składana (w proporcjach 1/3-2/3), co umożliwia wejście do ostatniego rzędu. Robimy krótki test – najwyższy z nas, blisko 190 cm wzrostu, siada z tyłu. Wrażenia? Wygodnie!!! Sporo miejsca na nogi, na szerokość jest superkomfortowo, wygodne podparcie dla łokci. Nad głową bardzo dużo miejsca. Jest też dodatkowa lampka oświetlająca. Podkreślmy jeszcze raz: fotele są normalnych rozmiarów! To, co się może nie podobać, to łączenie materiału podsufitki z tyłu. Drobiazg, chociaż estetyka tego rozwiązania trochę nas razi.

Trasa wiedzie do Zgorzelca, a więc początkowo jechaliśmy na Katowice, później w Częstochowie skręciliśmy na Opole. Przy tej okazji można opisać zachowanie zawieszenia Logana MCV. Mamy wrażenie, że jest bardziej komfortowe niż w przypadku wersji sedan. Nawet przy dużych prędkościach nierówności są dobrze tłumione, jazda po nierównej autostradzie pod Wrocławiem nie powoduje nerwowych ruchów nadwozia, jak to się zdarza w większości samochodów niemieckich lub japońskich. Także wyciszenie można uznać za dobre, swobodna rozmowa możliwa jest do 140 km/h. Później, wraz ze wzrostem prędkości, musimy już rozmawiać głośniej. Niemniej jednak jak na tą klasę auta (i cenę!) – jest bardzo dobrze. Popatrzmy jeszcze na spalanie. Komputer pokładowy nie ma funkcji chwilowego spalania, chyba z litości dla kierowcy, bo spalanie średnie przy prędkościach autostradowych (oscylujących wokół 130 km/h) wynosi ponad 9 litrów na 100 kilometrów. To już sporo, niemniej jednak rozmiary auta to usprawiedliwiają.

Wszystko działa jak powinno z jednym wyjątkiem. Mamy prawie nowy samochód (w momencie odbioru 2,7 tysiąca kilometrów na liczniku) a wycieraczki oczyszczają szybę tak sobie. Zdaje się, że to wina płynu do spryskiwaczy marki BP. Nie polecamy! Później sprawdzamy płyn na innym samochodzie i faktycznie. Jest do niczego.


Aktualizacja 1: 8 marca, godzina 15:30

Przekroczyliśmy polsko-niemiecką granicę o godzinie 12:00. W tej chwili Dacia Logan MCV wraz z testującymi ją redaktorami znajduje się w Norymberdze. Po przejechaniu 500 kilometrów tankowaliśmy, Dacia spaliła blisko 10 litrów na 100 kilometrów. Niemiecka autostrada pozwoliła się nam zapoznać z możliwościami auta pod względem prędkości maksymalnej. Z trzema osobami na pokładzie osiągnęliśmy licznikowe 190 km/h. Nie jest to jednak prędkość, z którą można jechać dłużej, dlatego wróciliśmy do podróżnych 150 km/h. To pewien kompromis pomiędzy spalaniem, prędkością a głośnością wewnątrz auta. Widoki pojawiających się wzniesień uprzyjemniają nam podróż. I może teraz parę słów na temat stabilności samochodu z dość wysokim jakby nie było nadwoziem. Nawet przy szybkiej jeździe Dacia jest odporna na podmuchy boczne. Wymijanie TIRów, przy wiejącym bocznym wietrze, nie wzrusza specjalnie samochodu. Dacia wiele tu wybacza i nie wymaga też specjalnego kontrowania kierownicą. Po raz kolejny musimy podkreślić wysoki komfort, jaki daje zawieszenie. Dobrze izoluje nas od nierówności, choć tych na Autobahnach jest niewiele. Na szybko pokonywanych łagodnych łukach nadwozie nieco przechyla się, ale też trudno mieć zastrzeżenia do pewności prowadzenia – w żadnym wypadku samochód nie jest niestabilny z tego powodu. Pasażerowie siedzeń w środkowym rzędzie odczuwają te przechyły nieco bardziej, bo te siedziska są po prostu umieszczone wyżej o kilkanaście centymetrów niż przednie. Podobnie ma się sytuacja z tyłu. Poza tym w tych rzędach siedzenia nie mają tak dobrego trzymania bocznego, jak dwa przednie fotele. Ale to akurat normalne.

Może na razie wystarczy tych wrażeń z jazdy, skupmy się trochę na wnętrzu samochodu. Projekt deski rozdzielczej uległ niewielkim modyfikacjom, drobne dodatki sprawiły że całość, chociaż prosta, wygląda bardzo estetycznie. Przed kierowcą mamy wskaźnik obrotów, w środku wyświetlacz komputera i kontrolki a po prawej prędkościomierz. W dźwigni włącznika świateł starym dobrym francuskim zwyczajem zlokalizowano klakson. Samochód posiada kluczyk ze zdalnym sterowaniem centralnego zamka i tutaj drobna uwaga – zamyka się on i otwiera wyjątkowo głośno. Tutaj słychać mniejszą ilość wyciszenia niż w samochodach droższych od Logana. W części środkowej konsoli mamy dwa nawiewy a pod spodem konsolę sterowania. Na samej górze radio (lub miejsce na radio), w naszym samochodzie testowym był to odtwarzacz CD/MP3 firmy Blaupunkt. Jakość dźwięku nie jest zachwycająca, a to z powodu zastosowania głośników (najwyraźniej nie najwyższych lotów) wyłącznie w drzwiach. Dołożenie we własnym zakresie dwóch głośników wysokotonowych i zwrotnicy znacznie może polepszyć wrażenia słuchowe, polecamy więc takie drobne uzupełnieni właścicielom Logana. Pod radiem znajdują się klawisze sterowania oknami elektrycznymi oraz sterowanie pozostałym wyposażeniem samochodu za wyjątkiem lusterek elektrycznych. Manipulator lusterek znajduje się bowiem pod dźwignią hamulca ręcznego. Miejsce nieco egzotyczne, ale po pewnym czasie i przyzwyczajeniu trudno sobie wyobrazić inne. Nasz samochód nie ma poduszki powietrznej pasażera, w tym miejscu jest nieduży otwarty schowek. Za to pod nim znajduje się drugi schowek, o dużej pojemności. Jeśli chodzi o inne schowki, to jeszcze mamy dwa miejsca na napoje przed drążkiem zmiany biegów i nieduże kieszenie w drzwiach. W oparciach przednich foteli są kieszenie.

Między dźwignią zmiany biegów, a konsolą środkową wygospodarowano miejsce na dwa uchwyty – doskonale mieszczą się w nich kubeczki, ale też półlitrowe PETy z napojami. Jeśli akurat nie planujecie picia – schowki te mogą służyć na różnorakie drobiazgi. Bardzo funkcjonalne. Warto jednak podkreślić, że umieszczenie butelki z napojem w żadnym razie nie przeszkadza w operowaniu lewarkiem skrzyni biegów.

W środkowym rzędzie siedzeń schowków brak. Jest jedno miejsce na butelkę i tyle przyjemności. Za to miejsca na tej kanapie – dzielonej i składanej – jest naprawdę dużo. Trzy rosłe osoby siedzą koło siebie bez problemu. Miejsca nad głową pod dostatkiem, miejsca na nogi również. Czuć tą przestrzeń. Z tyłu mamy dwa niezależne siedzenia, każde składane. Są normalnych rozmiarów – także tutaj dwie osoby o wzroście 188 centymetrów podróżują bez problemu.

Dużo korzystniej pod względem ergonomii jest w ostatnim rzędzie foteli. W okolicy przedniej części obu nadkoli znalazło się miejsce na butelki – w każde z nich wchodzą bez problemów nawet 1,5-litrowe PETy. W podłokietnikach ukształtowanych z boczków pod dużymi szybami przewidziano miejsca na kubki. Przy uchwytach nad szybami znalazły się zamykane wieszaczki na ubrania. Zagłówki sięgają wysoko i zapewniają wysoki poziom ochrony kręgosłupa szyjnego. Niestety – nie wszystko jest takie różowe. Problemem, choć tylko w określonych sytuacjach, może być wysokie zakotwienie pasów bezpieczeństwa w ostatnim rzędzie. Jeśli zechcecie się przespać na siedząco, to głowa może Wam opaść i oprze się właśnie o to zakotwienie – będzie to mało wygodne. Poza tym tak wysokie ich umieszczenie sprawia, że pas przebiega dość wysoko – u osób wzrostu niskiego i średniego nieco za blisko szyi, więc tylko naprawdę wysocy pasażerowie będą mieli ów pas w dobrym miejscu. Na szczęście miejsca na nogi zabraknąć takim dryblasom nie powinno ;-) Nam nie brakowało.

Nie mieliśmy jeszcze okazji sprawdzić jak samochód zachowuje się pod pełnym obciążeniem, ale przy 3 osobach na pokładzie i pewnej ilości bagażu silnik 1.6 16v daje jeszcze całkiem solidnie odczuć swą moc i dynamikę. Oczywiście za cenę paliwa, które lubi. Ale o spalaniu już było. Właściwie największym mankamentem siedmiomiejscowego Logana jest pojemność bagażnika o ile mamy tylne siedzenia rozłożone. Bagażnik a właściwie bagażniczek, wystarcza na zapakowanie zakupów, natomiast bagażu kompletu pasażerów tam nie włożymy. Chyba, że na krótki piknik pod miastem i to bez wielkiego żarcia – raczej z pojedynczymi kanapkami i to wypełnionymi cienkimi plasterkami wędliny ;-) To co nam się nie spodobało to fakt, że przestrzeń bagażowa nie ma żadnej rolety, półki czy zasłony chociażby. Ten element warto skonstruować we własnym zakresie, zwłaszcza w polskich warunkach, z wiadomych powodów.

Dostęp do tylnej części samochodu – a właściwie do bagażnika – dają dzielone drzwi. Jedne z nich są szersze. Otwierają i zamykają się lekko, chociaż zamykanie okupione jest pustym, nieprzyjemnym dźwiękiem. Drugą wadą drzwi jest wewnętrzna strona wizualna. Otóż kable doprowadzające prąd do ogrzewania szyb są przylutowane w dość toporny sposób. Tak jakby praktykant mający drugi raz w życiu lutownicę w ręku próbował coś połączyć i nie do końca mu się to udało. To oczywiście jest bez znaczenia dla walorów użytkowych samochodu, a wręcz może nawet być zaletą, bo taki lut na pewno łatwo nie puści ;-) chcemy jednak Logana nie tylko chwalić, ale i pokazać także jego słabsze strony, aby potencjalny kupujący wiedział czego się spodziewać. Tymczasem mkniemy na południe, by jeszcze dzisiaj dojechać do Szwajcarii.

Aktualizacja 2: 8 marca godzina 16:10

Logan MCV to auto najwidoczniej chętnie używane przez mafię, bo jakieś sto kilometrów za Norymbergą spotyka nas przygoda w postaci spotkania z niemiecką służbą ceną. Zielony samochód sympatycznym sygnałem dźwiękowym, świetlnym i napisami w dwóch językach zachęca nas do zjechania do zatoczki. A tutaj kontrola – doświadczony funkcjonariusz przeszukuje nasz samochód w poszukiwaniu narkotyków. Z pewnym zdziwieniem wpatrywali się w nasze rozweselone miny, cała sytuacja była bowiem dla nas komiczna. Nowy samochód, dziennikarze (okazaliśmy – a jakże – legitymacje prasowe) i kontrola, czy czegoś niedozwolonego nie przewozimy. Kiepsko szukali, bo nie znaleźli leków, jakie wieźliśmy. Teraz już wiemy, gdzie chować kontrabandę ;-) W dobrych humorach opuszczamy miejsce kontroli kontynuując naszą podróż w stronę Szwajcarii. A całą winą obarczamy oczywiście Logana MCV ;-) Najwyraźniej tak duży samochód albo upodobali sobie mafiozi, albo budzi on jakieś podejrzenia Niemców. Zresztą kto może jeździć autem, które dopiero co trafiło do sprzedaży? Tylko mafia! ;-) Na szybko tworzymy jeszcze jedną teorię: otóż jakiś zazdrosny Niemiec zadzwonił i zgłosił nasz samochód po tym, jak go wyprzedziliśmy.
Jedziemy dalej.

Aktualizacja 3: 9 marca, godzina 15:00

Wieczorem wjeżdżamy do Szwajcarii, gdzie nasze sympatyczne auto znowu budzi zainteresowanie celnika. Tym razem to jednak żartobliwa uwaga, że jeśli chcemy je wystawić na targach w Genewie, to się cokolwiek spóźniliśmy. Człowiek ma rację, bo jednak do Genewy, to z tego przejścia granicznego jeszcze dłuuuga droga. Za 40 CHF kupujemy całoroczną winietkę (innych dla samochodów osobowych nie ma) i jedziemy w gęstniejący mrok. Mijamy światła Zurychu, potem Berno i dojeżdżamy do fantastycznej gamy świateł okalającej Jezioro Genewskie. Teraz w prawo, skręcamy na wąskie drogi nad jeziorem. Mocno zmęczeni szukamy hotelu, już we Francji, do której przejeżdżamy przez niepilnowane przejście graniczne. Ot – Europa ;-) A niby Szwajcaria nie należy do Unii :-)


Po zameldowaniu się w hotelu klasy dość mocno turystycznej, za to relatywnie tanim i nadzwyczaj czystym, dwóch z nas rusza na kolację. To nie sezon, ale znajdujemy małą restauracyjkę, w której ucztuje kilku Francuzów. Siadamy przy stoliku, a miła kelnerka próbuje się z nami dogadać. Rozumie trochę po angielsku, bo do francuskiego my się raczej nie przyznajemy. Ostatecznie zamawiamy coś, co wydawało nam się tym, co znamy. Tu ciekawostka – knajpka na parę stolików, a kelnerka o północy pyta, czy stek ma być krwisty, mocno wysmażony, czy pośredni! Przeżyłem szok, ale zdecydowałem się na „medium”. Radek zamówił de volaille’a. A na początek postanowiliśmy wzmocnić organizmy „połówką” piwa. Faktycznie – kelnerka przyniosła nam najwyraźniej jedno półlitrowe na pół ;-) Dziwne mają miarki… Spłukaliśmy kurz pochodzący z niemieckich autostrad, który osiadł w naszych gardłach i poprosiliśmy o następne piweczka. Po krótkiej chwili na stolik trafiły dania i spotkało się to z protestem Radka – zamawiał de volaille’a, a dostał cos, co w Polsce uchodziłoby tylko i wyłącznie za lasagne. Okazało się jednak, że otrzymał to, co zamawiał, tylko oni robią to inaczej, niż my. Faktycznie w daniu było właściwe mięso, pieczarki, a całość była zapieczona pod pierzynką z sera i smakowało znakomicie. Mój stek również był wyśmienity! A żeby nam się dobrze trawiło – na koniec zdegustowaliśmy lokalnych win. Było pięknie… A gdzie w tym wszystkim Logan? Stał spokojnie na brzegu Jeziora Genewskiego i odpoczywał po trudach podróży z Polski.


A my po kilkunastu godzinach jazdy non-stop Loganem wcale nie byliśmy tak bardzo zmęczeni! Chyba największa w tym zasługa przestrzeni wewnątrz auta i oczywiście dobrego komfortu zawieszenia. Dzisiaj dość wczesnym porankiem Dacia brała udział w krótkiej sesji zdjęciowej w górach które okalają jezioro i tuż nad wodą.


Później, pokrzepieni francuskim śniadaniem (croissanty, masełko, dżem, sok ze świeżo wyciskanych pomarańczy, kawa, herbata, czekolada na gorąco), wyruszyliśmy w podróż do Genewy. Urokliwymi francuskimi drogami, wśród kamiennych zameczków, przez małe miejscowości wypoczynkowe położone nad Jeziorem Genewskim, zbliżaliśmy się do założonego celu podróży – Genewy, w której trwają właśnie targi Geneva Motor Show. Na granicy (niestety!) kontroli brak, pieczątek brak – kto nam uwierzy, że byliśmy w Szwajcarii? ;-) Logan nie wzbudza tym razem zainteresowania żadnych służb. Wjeżdżamy do miasta, szukając parkingu. Trochę krążenia, kilka zdjęć z Genewą i Loganem…


…potem jeszcze próba wody – wjeżdżamy autem do jeziora…



…i już jedziemy na dość oddalony od targowych terenów parking. Stamtąd już nie Dacią a autobusem targowym jedziemy zwiedzać wystawę. O tym napiszemy jednak w oddzielnej relacji.



Po kilku godzinach zwiedzania, zmęczeni chodzeniem, ale zadowoleni jedziemy dalej. Tym razem naszym celem jest francuska Marsylia. Plan ambitny, bo przed nami ponad 500 kilometrów, ale po wczorajszej trasie wydaje się to drobnostką.

Wjeżdżamy na francuską autostradę. Tu z dozwoloną prędkością 130 km/h jedziemy na południe. Spalanie przy takiej szybkości spada i wynosi niecałe 8 litrów na 100 kilometrów. W środku jest też wystarczająco cicho, by spokojnie rozmawiać. Komentujemy targi i test Logana MCV na innym portalu internetowym. Autorzy tamtego testu napisali, że Logan jest wykończony tanimi materiałami. Trochę trudno się z tym zgodzić, bo one raczej nie sprawiają wrażenia tanich. Wnętrze jest wykonane solidnie i w uproszczony sposób, ale czy rzeczywiście to wygląda tanio? Może gdyby obok postawić bezpośrednio drugi samochód? Przyznać trzeba, że na przykład szycie tapicerki w Loganie odbiega nieco od tego, jakie mogliśmy zaobserwować na przykład w Maybachu, ale czy dla takiej różnicy warto dołożyć taką kwotę? ;-)

Teraz musimy pokonać spore wzniesienia i okazuje się, że Dacia co prawda sobie radzi z nimi, ale trochę dokucza nam brak mocy. Trzeba redukcji o dwa biegi, by rzeczywiście dynamicznie przyspieszać, choć spokojna jazda już takich działań nie wymusza. W tej okolicy jednak lepszy byłby diesel ze swoim dużym momentem obrotowym dostępnym od zdecydowanie niższych obrotów, niż silnik benzynowy. Serpentyny, tunele, podjazdy, zjazdy…


…za 500 kilometrów Marsylia.


Drogę z Genewy do Marsylii pokonujemy w cztery godziny. Podziwiamy widoki, fotografujemy zamki na okolicznych wzgórzach, zachwycamy się winnicami i sadami – sielanka zza szyb pędzącego Logana.


Aktualizacja 4: 10 marca, godzina 00:15

O tej porze roku Marsylia jest bardzo wietrznym miastem. Kraina hrabiego Monte Christo (to tutaj książkowy bohater mieszkał w początkowym okresie życia, to niedaleko stąd był więziony na wyspie If), przepięknych widoków, setek jachtów i łodzi motorowych. Do Marsylii dojechaliśmy około 19:00 i oczywiście najpierw poszukaliśmy hotelu. Było z tym sporo śmiechu i zabawy… Na autostradzie mijaliśmy kilka Dacii Logan, tutaj nie widzimy żadnej. Mała sesja zdjęciowa bez samochodu, jutro rano spróbujemy kilku ujęć z samochodem.


A właściwie dzisiaj rano, bo minęła już północ. Sama Marsylia mimo późnej pory tętni życiem. My mamy ledwie czas na krótki spacer po mieście a potem powrót do hotelu. Przed nami kolejne 1200 kilometrów drogi – do Polski mamy tych kilometrów prawie 2 tysiące.



Wczesnym porankiem trzeba wstać, Dacia odpoczywa pod hotelem.


Pakujemy rzeczy i jedziemy na wschód. Przecież tam musi być jakaś cywilizacja ;-)


Niestety od Morza Śródziemnego mocno wieje. W takich warunkach wysoka przecież Dacia Logan MCV, samochód o dużej powierzchni bocznej, musi ulec bocznemu wiatrowi. Trzymamy mocno kierownicę i jedziemy dalej nie zdejmując nogi z gazu. Na szczęście w licznych na tej autostradzie tunelach nie wiało ;-) Zresztą po drodze z Marsylii do Grazu w samych tunelach przejechaliśmy łącznie z kilkadziesiąt kilometrów.

Ale wróćmy na trasę z Marsylii. Kierujemy się do… Cannes. Miasto znane między innymi z festiwalu filmowego wita nas przepiękną pogodą, setkami wspaniałych jachtów na nabrzeżu i lazurowym blaskiem wody. Tutaj robimy godzinny postój parkując tuż obok posterunku policji.


Sesja zdjęciowa Logana obowiązkowa. Wędrujemy po nabrzeżu zastanawiając się, kiedy u nas będzie 25 stopni i tak piękne słońce. Zachęceni oznakami nie tyle wiosny, co niemal lata, postanawiamy zanurzyć się w wodach Morza Śródziemnego. Okazuje się to jednak średnim pomysłem – woda jest jeszcze zdecydowanie za chłodna, jak na nasze oczekiwania, wchodzimy więc tylko do połowy łydek. Ale byli desperaci, którzy się kąpali… Na ulicach mnóstwo francuskich samochodów. Logan znajduje się w godnym siebie towarzystwie. Policyjne auta – tylko francuskie! Przy takim upale możemy w końcu uczciwie przetestować klimatyzację. Temperatura na minimum, włączamy klimatyzację i w ciągu kilku minut w nagrzanym słonecznym ciepłem wnętrzu panuje przyjemny chłodek.



Ruszamy dalej. Teraz naszym celem jest… Wenecja. To sporo kilometrów. Mkniemy autostradą z prędkością 130-150 kilometrów na godzinę. Lazurowe Wybrzeże, niesamowite widoki, choć do Monte Carlo niestety nie wstąpiliśmy. Popatrzyliśmy tylko na nie z góry i popędziliśmy dalej.



Nie sposób jechać non-stop, od czasu do czasu Dacia musi zjechać na pobocze i znosić nasze fotograficzne pomysły.


We Włoszech zaczynają się tunele. Ale jakie! Kilometrami wgryzali się ich budowniczowie w skały, dzięki temu przejazd wzdłuż wybrzeża trwa bardzo krótko. Jest za to niesamowicie malowniczy – wrażenia mocno zapadają w pamięci.


Aktualizacja 5: 10 marca, godzina 20:00

Po południu dojeżdżamy do Wenecji. Coraz bardziej zbliżamy się do Polski, chociaż wcale nie chcemy wracać. Jedziemy dość szybko, cały czas prowadzą nas włoskie autostrady. Logan po przejechaniu 3 tysięcy kilometrów sprawuje się doskonale. Mamy nawet wrażenie, że się dotarł, bo osiągane prędkości nieco się zwiększyły, podobnie jak przyspieszenie. Może to też być też jednak zasługa lepszej jakości benzyny za granicą. Tankujemy regularnie co 500 kilometrów, spalanie przy prędkościach 160-180 km/h utrzymuje się w granicach 9-9,5 litra na 100 kilometrów. Do prawie pustego baku najwięcej udało nam się wlać 55 litrów benzyny. Mimo przejechanej odległości nie jesteśmy zmęczeni! Raczej ciekawi wrażeń, dyskutujemy też o powrocie do Polski. Jechać od razu z Wenecji bez przerw, czy może gdzieś po drodze zanocować? Układamy trasę powrotną. Upada pomysł Słowenii, wybieramy autostradę przez Austrię (kilkudniowa winietka kosztuje tylko 8,60 euro) oraz Słowację i powrót przez Cieszyn.

Ale na razie jesteśmy jeszcze we Włoszech. Dojeżdżamy do ostatniego punktu naszej wyprawy w tym kraju, czyli do Wenecji. Zjeżdżamy z autostrady, by długą groblą dojechać do miasta. Po obu stronach grobli woda, która z każdym rokiem podchodzi dalej. A sama Wenecja jest jakby wyspą, połączoną z lądem właśnie tą groblą. Co prawda woda tu płytka, ale przybiera nieustannie. Teraz zaczynamy rozumieć dlaczego Włosi chcą zamknąć Wenecję przed morzem ogromnym wałem. Wenecja to miasto typowo turystyczne, tuż przy wjeździe zaczynają się liczne parkingi. Wybieramy pierwszy z brzegu i uiszczamy opłatę – 20 euro. Słono sobie liczą, chociaż to za dzień postoju. Co ciekawe – witają nas na tym parkingu po polsku! Efekt kamery umieszczonej przy wjeździe i postawienia odpowiedniego pracownika po drugiej stronie mikrofonu. Mała rzecz, a cieszy. Pracownik mówi, gdzie powinniśmy się udać, co też skwapliwie czynimy. Ciasny ślimak drogi prowadzi nas na samą górę, na 10 piętro. Dacia, mimo swoich słusznych wymiarów i ciasnoty na parkingu, radzi sobie doskonale w zakrętach. Dziesięć pięter pokonujemy bardzo szybko. Na górze małe rozczarowanie: brak wolnych miejsc. Musimy czekać aż ktoś wyjedzie. Na szczęście oczekiwanie nie przedłuża się nadmiernie. Dziwimy się w międzyczasie, że ludzie przed wyjazdem przebierają się i jakoś długo im to idzie. My byśmy chcieli jak najszybciej pojawić się na uliczkach Wenecji, a nie tracić czas na parkingu na maruderów. W końcu się udaje, mamy miejsce, zaliczamy więc szybkie parkowanie, a potem czym prędzej idziemy w miasto.


Wenecja, to przepiękne miejsce, pełne wąskich uliczek i tajemniczych zakamarków. Dacia Logan czeka na nas na parkingu a my zwiedzamy, zwiedzamy, zwiedzamy. Urok Wenecji przebija zmęczenie. .




Na kartach przybywa zdjęć, a nasz zachwyt wzbudza nie tylko Plac Świętego Marka, ale i urocze uliczki, przejścia, przez które trzeba się dosłownie przeciskać, doniczki z kwiatami wiszące nad głowami, płaskorzeźby na ścianach, kanały, Włoszki… W drodze powrotnej na parking jemy szybką kolację we włoskiej knajpce prowadzonej przez Chińczyków, robimy szybkie zakupy pod kątem podróży powrotnej i próbujemy trafić w miejsce, gdzie zostawiliśmy Logana. Udało się!

Aktualizacja 6: 11 marca, godzina 10:00

Minęło już ponad 12 godzin od czasu gdy opuściliśmy przepiękną Wenecję, z której najpierw pojechaliśmy w stronę Słowenii, po czym skręciliśmy na północ – do Austrii. Na szczęście ostatnie nasze odcinki włoskich autostrad mają jakąś przerwę w opłatach. To cieszy, bo każda bramka to kilkadziesiąt złotych mniej w podróżnym budżecie. W końcu wjeżdżamy do Austrii. Na granicy jak zwykle nie ma nikogo, nawet punkt z winietkami zamknięty. Teraz czeka nas kręty odcinek prawie aż do Wiednia, ale najpierw zjeżdżamy na stację benzynową. Trzeba być uczciwym i kupić w końcu winietkę. Udaje się bez problemu, krótka przerwa na rozprostowanie nóg i jedziemy dalej. Stojący na stacji patrol policji znowu nic od nas nie chce ;-)

W okolicach Grazu jedziemy torem bobslejowym – takie skojarzenie przyszło nam do głowy podczas przejazdu przez ciasno wytyczone pasy ruchu na autostradzie. Budowa, czy remont? Trudno stwierdzić – jest noc, a trzeba pilnować drogi, bo naprawdę między betonowymi bandami miejsca jest niewiele. Temperatura na zewnątrz spada poniżej zera. Na szczęście „tor bobslejowy” wreszcie się kończy i wyjeżdżamy na normalną autostradę. Droga składa się z długich zakrętów, którymi zjeżdża się w stronę Wiednia. To blisko 300 kilometrów autostrady, na których nie ma prawie żadnej prostej. Jak to znosi Logan? Auto zachowuje się bardzo stabilnie i pewnie. Mimo szybkiej jazdy auto prowadzi się prawie jak po szynach. Prawie, bo jest komfortowo, na szynach byłoby twardo. Co ważne, nadwozie nie przechyla się nadmiernie. Pewien przechył oczywiście jest, natomiast w żaden sposób nie daje on poczucia braku stabilności. Kolejny duży plus. Przechyły nie powodują też dyskomfortu pasażera ostatniego rzędu siedzeń, choć to właśnie tam można znaleźć miejsca najmniej komfortowe w zakresie pionowych ruchów nadwozia. Nie jest jednak tak źle, bo niemal zawsze któryś z nas podróżował właśnie tam. Z wyboru, nie z przymusu! ;-) Z prędkościami 130-150 kilometrów na godzinę zmierzamy w stronę Wiednia. W końcu dojeżdżamy, ale na nocne zwiedzanie (jest koło 2:00) nie możemy sobie pozwolić. Skręcamy na Bratysławę. Tylko kilkadziesiąt kilometrów i będziemy po stronie słowackiej. Droga jest stosunkowo pusta. Po kilkunastu kilometrach autostrady Wiedeń-Budapeszt zjeżdżamy w lewo i lokalnymi (ale dobrymi!) drogami dojeżdżamy do granicy. Znowu żadnej kontroli, ale punkt z winietkami także i tu jest zamknięty. Trudno – Słowacja nie zarobiła na nas kilku euro. Tym razem postanawiamy już nie szukać stacji, tylko jak najszybciej dojechać w okolice polskiej granicy.

Około godziny 6:00 jesteśmy w Polsce! Przed nami jeszcze ostatnie 350 kilometrów Dacią. Logan kusi by przyspieszyć, ale przy braku autostrady nie możemy jechać tak szybko jak za granicą. Bielsko-Biała, Tychy, Katowice, Częstochowa i już wjeżdżamy do Warszawy.

Samochód sprawdził się na drodze doskonale. Ponad 4500 kilometrów przejechaliśmy szybko, wygodnie, komfortowo. Bez najmniejszych problemów.

Na ile nasze wrażenia pokrywają się z obietnicami producenta? Sprawdźcie sami: link do artykułu. .

Galeria

Jeśli na powyższej liście nie ma Twojego wydarzenia zajrzyj tutaj

polecamy

Może ci się spodobać również
avatar
3 Wątki komentarzy
0 Odpowiedzi na wątki
0 Obserwujący
 
Komentarz z największą ilością reakcji
Najciekawszy wątek komentarza
1 Autorzy komentarzy
elemenTHgość Autorzy ostatnich komentarzy
  Subskrybuj  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
gość
Gość
gość

Panowie Redaktorzy są albo bardzo odważni albo stanu wolnego – wyjeżdżać z domu w Dzień Kobiet i wrócić po 3 dniach:D Tak bardziej na poważnie bardzo fajny artykuł, sądząc po zdjęciach to była chyba wersja wyposażenia Laureate?

gość
Gość
gość

Fajnie się czyta ,

GRATULACJE Jędrzeju

best

DT

elemenTH
Gość
elemenTH

Mój przyjaciel z małżonką loganem VAN przejechali jakieś 30tyś km na wycieczce po europie :) Start z PL – litwa – łotwa- estonia – finlandia – szwecja – norwegia – UK – francja – hiszpania …. Spali w aucie 90% podróży, zrobili sobie zabudowę ze sklejki. Autko bez żadnych problemów przejechało cały dystans, dowiozło ich całych i zdrowych mimo zniszczeń typowych dla pewnych rejonów europy jak np. potłuczona lampa przód, tył, obcierki (włochy i hiszpania), dziurki w szybie od kamlotów.