Na hasło odcinek specjalny załoga Latającego Dywanu, czyli Citroëna BX 4×4 pierwsza ustawia się w kolejce, ale nawet wytrawnych rajdowców można czasem zaskoczyć. Nikt z uczestników nie spodziewał się, że organizatorzy Trans-Carpathia 2026 na poważnie traktują słowo „specjalny”. „Nawet w Afryce nie doświadczyliśmy takiego off-roadu” – przekonują Tomasz Nowak i Piotr Pyrka. Przeczytajcie relacje Tomka z drugiego dnia rajdu po Bałkanach.
Drugi dzień rajdu Trans-Carpathia 2026 rozpoczęliśmy z małym poślizgiem o 7:45. Chociaż organizator zalecił korzystanie z Map Google, szybko okazało się, że nawigacja ma własny pomysł na trasę i kilka razy wyprowadziła nas na manowce.
Po raz pierwszy od bardzo dawna staliśmy w korku na granicy. Jak się okazuje, nie trzeba jechać do Afryki, żeby utknąć próbując dostać się do innego kraju – wystarczy wyjechać na Bałkany. Pół godziny czekania urozmaicił nam lekki stresik. Nie mieliśmy ze sobą ani zielonej karty, ani polisy – bo kto w dzisiejszych czasach wozie je ze sobą po Europie? Okazało się, że dokumenty od dawna nie są wymagane ani w Bośni i Hercegowinie, ani w Czarnogórze, ani w Albanii dlatego odetchnęliśmy z ulgą. Wyjątkiem pozostaje Kosowo – nie ważne, w którym kraju świata wykupisz ubezpieczenie, wjeżdżając Kosowa i tak trzeba mieć lokalną polisę.
Widoki, wodospady i punkty kontrolne
To, co bardzo nam się podoba w Trans-Carpathii, to świetnie przygotowany roadbook. Wszystkie punkty są ponumerowane, organizator przygotował również plik GPX, który można wgrać do dowolnej nawigacji. Trzeba czytać roadbook, sprawdzać opisy i samodzielnie planować trasę.
Punktów kontrolnych jest mnóstwo. Część z nich to miejsca kontrolne, pozostałe to atrakcje turystyczne z ciekawymi opisami i historią. W Rajdzie Budapeszt-Bamako liczyło się przede wszystkim dotarcie do mety, w Skandynawii mieliśmy kilka nietypowych misji i punktów widokowych, ale tutaj to… prawdziwe szaleństwo. Już pierwszego dnia roadbook oferował około 50 punktów. Wodospady Štrbački Buk, kaskady, wąwozy, zapory na rzekach… Bośnia i Hercegowina dosłownie pęka w szwach od miejsc, które warto zobaczyć. Niestety szybko zrozumieliśmy, że zobaczenie wszystkiego jest czasowo niewykonalne.
Jaskinia Ledenica
Bośnia zachwyca nie tylko na powierzchni, ale również pod ziemią. Jednym z najbardziej niezwykłych miejsc, które odwiedziliśmy była jaskinia Ledenica. Brama wejściowa została wyrwana, ścieżki miejscami się rozsypywały a organizatorzy dali nam przykaz, aby zabrać dwie latarki i telefon. Gdy zgaśnie światło, w totalnych ciemnościach wyjście z jaskini byłoby niemożliwe. Jaskinia jest przepiękna. Chwilami czułem się jak w scenerii gry Tomb Raider.
W drugi dzień przejechaliśmy prawie 500 kilometrów, kilkukrotnie przekraczając granicę Bośni i Hercegowiny z Chorwacją i kiedy wydawało się, że największe wyzwania są już za nami, organizator przygotował odcinek bonusowy. Wiadomo, że hasła „odcinek specjalny” i „dla chętnych” działają na nas jak płachta na byka. Nie mogliśmy odpuścić.
Na trasę wjechaliśmy już po zmroku. Wielu uczestników zrezygnowało, ale my postanowiliśmy spróbować. Szybko okazało się, że był to najtrudniejszy terenowy odcinek, jaki przyszło nam pokonać, bardziej wymagający niż afrykańskie bezdroża Sahary.
Samochody zmodyfikowane z myślą o jeździe w terenie radziły sobie całkiem nieźle, ale zwykłe osobówki walczyły o każdy metr trasy. Sypki piasek, bardzo strome podjazdy, zjazdy po skalnych półkach i wyjątkowo kamienista droga – tu nie było miejsca na błędy. Trzeba oddać organizatorom uznanie za przygotowanie tak wymagającej trasy, choć momentami można było odnieść wrażenie, że chyba przesadzili. Pojęcie odcinek specjalny w Trans-Carpathia trzeba rozumieć, jako trasa dla rasowych terenówek.
2:00 docieramy na biwak
W drugi dzień do wyboru były dwa miejsca biwakowe – nad morzem lub nad jeziorem Buško. Wybraliśmy jezioro, aby kolejnego dnia zyskać około dwóch godzin przewagi na starcie. Oczywiście najpierw musieliśmy pokonać ten dodatkowy odcinek w środku nocy, ale uznaliśmy, że warto.
Przy pierwszym napotkanym drzewie rozwiesiliśmy hamak, rozstawiliśmy namiot i padliśmy jak zabici. To był jeden z najcięższych dni rajdu, ale jednocześnie dał nam ogromną satysfakcję.
A jak spisuje się nasz Citroën BX?
Poza problemami z wydechem, o których wspominaliśmy wcześniej, samochód sprawdza się świetnie. Nowy silnik imponuje elastycznością i bardzo pozytywnie zaskakuje w terenie. Jesteśmy przekonani, że na poprzedniej jednostce napędowej nie dalibyśmy rady pokonać tych podjazdów. Każdy kolejny kilometr tylko utwierdza nas w przekonaniu, że decyzja o zmianie silnika była jedną z najlepszych, jakie mogliśmy podjąć.
Zobacz także:
- „Idealna konfiguracja wyprawowa”. Citroën BX 4×4 rozpoczyna kolejną przygodę (Trans-Carpathia 2026 cz.1)
- Honecker zamówił Citroëna CX dla Mitterranda. Mur upadł, limuzynę sprzedano za 92.800 euro











