Czy istnieje zagrożenie, że Stellantis zamknie jedną ze swoich fabryk w Polsce? Pytanie może brzmieć prowokacyjnie, ale warto spojrzeć na całą sprawę z punktu widzenia ostatnich decyzji koncernu.: włoski rząd otwiera portfele, Antonio Filosa, nowy szef firmy jest Włochem i wprost mówi o „nowym etapie industrialnym” oraz inwestycjach w tym kraju, a kolejne zapowiedzi projektów w zakłady w Turynie, Melfi czy Cassino każą zadać pytanie: czy za włoskim renesansem nie kryje się zagrożenie dla jednego z naszych zakładów?
Zacznijmy ode spojrzenia na zasoby koncernu: na pewno nie ulega wątpliwości, że biorąc pod uwagę dzisiejsze zapotrzebowanie na samochody, Stellantis posiada bardzo duże moce produkcyjne w Europie i nie wykorzystuje ich w 100%. Stąd przerwy w produkcji, także w Polsce.
Jednak nasz kraj zawsze był i nadal jeszcze pozostaje synonimem efektywności, niskich kosztów i solidnej produkcji. Jaki byłby więc sens jej przenoszenia? Warto spojrzeć na całą sprawę z nieco innej niż lokalna perspektywy. Bilans całościowy wcale nie wygląda już tak różowo:
Różnice kosztowe między Polską a Włochami topnieją, a włoski rząd – pod presją związków zawodowych i opinii publicznej – uruchamia bardzo duże mechanizmy wsparcia, innymi słowy pieniądze podatników szerokim strumieniem mogą wesprzeć przeniesienie produkcji. Do tego preferencyjne kredyty, ulgi inwestycyjne, dotacje do modernizacji linii – Rzym robi wszystko, by przyciągnąć produkcję z powrotem na Półwysep Apeniński.
No i kwestia narodowościowa – Antonio Filosa, nowy szef Stellantis, zupełnie serio mówi o „odbudowie przemysłowej tożsamości Włoch”. I nie są to puste słowa – to realny zwrot strategiczny. Po latach, gdy decyzje w koncernie podejmowali głównie Francuzi z PSA, dziś to Włosi odzyskują głos. Efekt? Nowe inwestycje w zakłady Mirafiori, Termoli czy Pomigliano d’Arco, przy jednoczesnych sygnałach, że w Europie Środkowo-Wschodniej „konieczna będzie optymalizacja mocy produkcyjnych”. To eufemizm, który w języku korporacyjnym często oznacza zmiany.
Polskie władze mają świadomość tego zagrożenia, ale czy coś zrobią? Kraje europejskie konkurują o produkcję, bo to oznacza nie tylko tysiące bezpośrednich miejsc pracy ale dziesiątki tysięcy w otoczeniu każdej fabryki. A jednak Filosa myśli po włosku – dla niego fabryka w Polsce to kolejny sprawny zakład, ale fabryka w Melfi to symbol narodowego dziedzictwa. I jeśli włoski rząd kładzie na stole miliardy, trudno będzie się dziwić, jeśli podejmie takie a nie inne decyzje. Motoryzacja od dawna nie jest tylko biznesem, to także sektor strategiczny.
Fabryki nie zamyka się z dnia na dzień, raczej powoli, przez brak nowych projektów, przez ciche wygaszanie zamówień, przez przesuwanie inwestycji w inne regiony. Czy polskie zakłady Stellantis są dziś zagrożone? Wprost jeszcze nie – ale warto mieć świadomość zjawisk, jakie zachodzą poza granicami Polski.






