Citroën 2CV potrafi wywoływać skrajne emocje, ale historia francuskiego dziennikarza Stéphane’a Schlesingera jest szczególna. Jako dziecko szczerze tego samochodu nie cierpiał. Był dla niego powolny, głośny, zimny, śmierdział spalinami, rdzewiał i przy mijaniu ciężarówki sprawiał wrażenie, jakby za chwilę miał odlecieć z drogi. Po ponad trzydziestu latach ponownie dostał kluczyki do 2CV. Tym razem wystarczyło kilka kilometrów, żeby zrozumiał, dlaczego miliony ludzi pokochały ten samochód.
Historia opisana przez francuski Caradisiac zaczyna się w 1980 roku. Autor miał wtedy siedem lat, a jego ojciec kupił jako drugi samochód Citroëna 2CV Azam z 1965 roku. Początkowo egzemplarz prezentował się znakomicie. Pierwszy właściciel był podobno tak pedantyczny, że po każdej jeździe w deszczu wycierał samochód w garażu. Niestety później 2CV trafił pod chmurkę i w wilgotnym klimacie Seine-et-Marne jego kondycja szybko zaczęła się pogarszać.
Po dwóch latach podłoga była już skorodowana na tyle mocno, że przez dziury można było oglądać asfalt. Do tego dochodziły osiągi, które siedmioletniemu miłośnikowi samochodów trudno było uznać za fascynujące. 2CV osiągał około 90 km/h, i to po solidnym rozpędzeniu. Był głośny, zimą zimny, kiepsko uszczelniony, a przy spotkaniu z dużą ciężarówką jego lekkie nadwozie reagowało na podmuch powietrza w sposób, który zdecydowanie nie budował dziecięcego zaufania. Po czterech latach ojciec sprzedał samochód, silnik miał około 130 tys. km i według wspomnień autora mocno dymił na niebiesko. Można więc zrozumieć, dlaczego 2CV nie zajmował w jego wspomnieniach miejsca obok dziecięcych motoryzacyjnych marzeń.
Przenosimy się do 2016 roku. Schlesinger dostał propozycję udziału w rajdzie organizowanym na trasie z Briançon do Cannes. Samochodem miał być właśnie Citroën 2CV, tym razem dostał egzemplarz z 1976 roku z większym, dwucylindrowym silnikiem o pojemności 602 cm³ i mocy 26 KM. Początek znajomości również zapowiadał katastrofę. Samochód trząsł się, wibrował, hałasował, a dziennikarz zastanawiał się, po co właściwie zgodził się na tę wyprawę. Autor odkrył, że ogromna część uroku 2CV znajduje się właśnie w prowadzeniu, samochód nie zachęca do rozwijania wielkich prędkości. Silnik trzeba utrzymywać przy życiu, odpowiednio zmieniać biegi, przewidywać podjazdy i zachowywać prędkość. Schlesingera zaskoczyła również precyzja pedałów, skrzyni biegów i układu kierowniczego. Mały bokser okazał się przy tym niezwykle dzielny. W pewnym momencie dziennikarz zrozumiał, że kierowca zaczyna z tym samochodem fizycznie współpracować.
Szczególne wrażenie zrobiło zachowanie 2CV na kiepskich drogach i szutrach. Citroën projektował przecież 2CV właśnie jako samochód zdolny poruszać się po fatalnych wiejskich drogach. Miękkie zawieszenie, duży skok kół, niewielka masa i dobra trakcja pozwalały mu przejeżdżać tam, gdzie współczesny kierowca znacznie droższego samochodu zacząłby martwić się o felgi, zderzaki i podwozie i zwalniał na dziurach. Na zjazdach pojawiała się kolejna niespodzianka. Ogromne przechyły nadwozia wyglądały dramatycznie, ale samochód trzymał się drogi znacznie lepiej, niż sugerował jego wygląd. Lepiej niż to co oferują dzisiejsze auta.
Po zwinięciu materiałowego dachu 2CV zmieniał się niemal w mały kabriolet. Wtedy autor Caradisiac zaczął zastanawiać się, po co właściwie miałby przekraczać 70 km/h i to chyba najlepiej opisuje fenomen tego samochodu. Schlesinger kończy swoją historię interesującym porównaniem. W bardzo drogim samochodzie sportowym kierowca przez sporą część czasu pilnuje prędkości, uważa na felgi, dziury, progi zwalniające i spadek wartości wraz z rosnącym przebiegiem. 2CV działa… odwrotnie.
Źródło: Caradisiac






