Pomysł, żeby samochód musiał stawać się nowym modelem co dwa lata, pachnie przemysłowym absurdem. Kierowca potrzebuje sprawnego, wygodnego i dostępnego auta, a branża stara się sprzedawać poczucie, że właśnie został w tyle. Dla mnie to absurdalne.
Wróćmy trochę do podstaw. Po co jest samochód? Ma wygodnie przewieźć mnie z punktu A do punktu B. Nie pogarsza się dlatego, że na scenę wjechał jego następca, chociaż marketing stara się to tak przedstawić. Moje auto nadal przewozi dzieci, zakupy i wakacyjne walizki. Jest komfortowe i je lubię. Nie widzę żadnego sensu w wyścigu producentów, którzy obiecują, że nowe modele będą wdrażać co dwa lata. Nie widzę wartości dodanej. Zresztą już sam wyścig ku dwuletniemu cyklowi wymiany modelu budzi mój sprzeciw, bo zadaje sobie proste pytanie: po co tak szybko zastępować dopracowany samochód następnym? Co to wniesie?
Spójrzmy na smartfony. Szybszy procesor, poprawiony aparat, nowsze oprogramowanie. Wszystko przydatne, ale czy po dwóch latach dostajemy inną jakość życia? Dla kogoś, kto dzwoni, pisze, fotografuje i korzysta z map, różnica będzie zauważalna ledwie albo wcale. Znacznie łatwiej odczuć ją po pięciu czy siedmiu latach. Oczywiście, intensywnie używany telefon może po trzech albo czterech latach wymagać nowej baterii lub naprawy, ale zużycie urządzenia nie dowodzi jednak, że następny model przynosi przełom. W samochodach ta różnica jest jeszcze ważniejsza: oczekujemy przecież wieloletniej sprawności, a nie sezonowej świeżości.
Co właściwie trzeba jeszcze do auta włożyć, żeby uzasadnić kolejną gorączkę? Większy akumulator, kolejny ekran, następny pakiet funkcji? Wannę? Wodospad? Podświetlaną fontannę między fotelami? Możliwości dodawania atrakcji są niemal nieograniczone. Ograniczone pozostają nasza uwaga, potrzeby i pieniądze. Śmieszą mnie zachwyty nad gadżetami w chińskich samochodach, bo mało kto zadaje sobie pytanie ilu z tych funkcji naprawdę używamy? Ile ekranowych zakładek otwieramy po pierwszym tygodniu? Ile ustawień poprawia podróż, a ile tylko wydłuża jej przygotowanie? Czy gesty do otwierania drzwi albo kolejne kamery coś zmieniają w samej jeździe? Nie.
Ktoś tu chyba próbuje nam środkiem zająć miejsce celu. Samochód służy przemieszczaniu ludzi. Komfort, bezpieczeństwo i rozsądne koszty pomagają ten cel osiągnąć. Ładowanie coraz większej ilości funkcji i możliwości do samochodów nie zmienia jakościowo podróży ale też nie zmienia na dłuższą metę zadowolenia właściciela. Przez chwilę się cieszysz, że masz to całe gadżeciarstwo, te dodatki, tą listę funkcji. A potem? A potem się o tym zapomina. Serio. I jeśli miałbym czegoś oczekiwać od producentów samochodów, ale też od władz politycznych, to uproszczenia, zmniejszenia wymagań, obniżenia ceny, zaprzestania mnożenia kolejnych przepisów, budowania piętrowych bzdur na temat bezpieczeństwa, jakie dane auto musi mieć na pokładzie.
I oczywiście, rozwój jest potrzebny, nowe możliwości też. Przez ostatnie 20 lat samochody naprawdę się zmieniły. Tylko gdzieś musi być granica tego szaleństwa, bo nawet jeśli producenci namówią klientów wyłącznie na najem, jeśli każdy będzie miał abonament na auto, to nie widzę możliwości aby taki system utrzymał się dłużej. To ekonomiczne szaleństwo. Nowy model co dwa lata a stare co? Rozbierzemy i zbudujemy jakiś kolejny model? No nie.






