Najpierw consommé Rachel, potem quenelles Pompadour, serce polędwicy po portugalsku i pularda w szampanie. Na końcu pralina O’Connor, kawa oraz likiery. Ten wieczór nie został powierzony przypadkowi. André Citroën osobiście ułożył i podpisał menu, choć sam nie pił wina. Bankiet potraktował tak, jak traktował samochód: każdy element miał znaleźć się na właściwym miejscu.
Opisana przez Silvaina Reinera karta dań mówi o André Citroënie bardzo wiele. Pokazuje człowieka, dla którego liczyło się również to, co goście zobaczą, usłyszą i poczują przy jego stole. Wielkie przyjęcia Citroëna nie były więc jakimiś firmowymi obiadami, miały własne tempo, oprawę muzyczną i precyzyjnie ułożoną kolejność dań. Gospodarz prowadził uczestników przez cały wieczór – od pierwszej łyżki bulionu aż po kawę i kieliszek likieru.
Najpierw bulion, potem pularda w szampanie
Kolację otwierało consommé Rachel. Później na stołach pojawiały się quenelles Pompadour, czyli delikatne pulpety, następnie serce polędwicy po portugalsku i pularda w szampanie. Finał należał do praliny O’Connor, francuskich ciastek, owoców, kawy oraz likierów. Równie starannie wyglądała karta win. Gościom podano między innymi Pouilly z 1929 roku oraz Château Pontet-Canet z rocznika 1928. Każda kolejna pozycja miała swój moment i prowadziła do następnej. Silvain Reiner porównał układanie tego menu do montowania silnika, który miał zawieźć człowieka ku radości a sam Citroën rzeczywiście myślał o przyjęciu jak o mechanizmie: jeśli jeden z elementów nie zadziałałby we właściwej chwili, ucierpiałaby całość.
Sam nie pił wina. Mimo to zajmowała go karta win
André Citroën sam nie pił wina, a jednak poświęcał uwagę temu, co znajdzie się w kieliszkach zaproszonych osób. Myślał o gościach i o wrażeniu, z jakim opuszczą przyjęcie. To samo dotyczyło całego jadłospisu. Nie musiał przecież osobiście zajmować się kolejnością potraw, a tym bardziej podpisywać gotowego menu, mógł pozostawić wszystko kucharzom i obsłudze, jednak nawet uroczysty obiad uważał za część większej całości.
Samochód miał być dopracowany technicznie, ale jego premierze i marce musiały towarzyszyć emocje. Gość miał wyjść z poczuciem, że uczestniczył w czymś wyjątkowym – i skojarzyć to przeżycie z nazwiskiem Citroën.
Do kolacji grał nawet „Marsz Citroëna”
Jedzenie było tylko jedną częścią wieczoru. W tle grała orkiestra, a jej repertuar również nie wyglądał na przypadkowy. Znalazły się w nim marsz Sambre-et-Meuse, fokstrot Scotta, utwór Petita oraz skomponowany przez Van Ercka Marsz Citroëna a w ten sposób naprawdę trudno było zapomnieć, czyim było się gościem. Orkiestra nadawała spotkaniu rytm, potrawy wyznaczały kolejne etapy, a gospodarz pilnował, żeby wszystko tworzyło jedną opowieść.
Citroën dobrze wiedział, że po latach mało kto będzie pamiętał treść oficjalnych wystąpień, ale dłużej pozostaną w głowie smak pulardy w szampanie, dźwięk orkiestry i atmosfera wieczoru.
Dzisiaj przygotowanie podobnego wydarzenia powierzono by agencji, scenarzystom, specjalistom od oprawy i całemu zespołowi ludzi pilnujących wizerunku firmy, André Citroën dochodził do podobnego efektu znacznie prostszą drogą, sam. Miał niezwykłe wyczucie szczegółu i rozumiał, że o odbiorze marki decydują również rzeczy pozornie niezwiązane z samochodami.
Źródło: Silvain Reiner, „Tragedia André Citroëna”, polski przekład roboczy.






