To naprawdę niesamowite! Z pewnym rozbawieniem obserwuje objawienie się nowego gatunku człowieka, który użytkuje samochód elektryczny, wyrusza w podróż, przejeżdża kilkaset albo kilka tysięcy kilometrów, zatrzymuje się parę razy po drodze, dociera na miejsce, po czym czuje przemożną potrzebę sporządzenia szczegółowego raportu racjonalizującego całe przedsięwzięcie albo ostrego krytykowania diesla, bo po zatankowaniu ręka mu śmierdzi. Serio!
Z wpisów i filmików dowiadujemy się, ile minut trwało ładowanie, gdzie jedzono pizzę, kiedy dzieci poszły do toalety, ile czasu udało się odzyskać, dlaczego 19 minut postoju tak naprawdę nie było żadnym postojem, bo przecież i tak trzeba było wypić kawę, oraz ile dokładnie minut więcej trwała podróż w porównaniu z samochodem spalinowym, przy czym dla uczciwości obliczeń samochód spalinowy często otrzymuje w tej matematycznej konkurencji właściwości niemal nadprzyrodzone i na dystansie dwóch tysięcy kilometrów oczywiście w ogóle nie tankuje.
Czytałem na przykład relację sympatycznego skądinąd właściciela elektrycznego BMW, Bartka, który opisywał podróż z południa Włoch na Dolny Śląsk. Była Bolonia, Garda, Dolomity, Alpy, Karkonosze, spontaniczne zmiany planów rodzinnych i 2200 kilometrów trasy. Samochód miał akumulator 108 kWh, pierwsze ładowanie nastąpiło dopiero po jedenastu godzinach, później były postoje na 19 i 11 minut, gdzieś ładowanie się przerwało, więc stracono siedem minut, ale za to w Austrii kilka minut udało się odzyskać, ponieważ elektryk mógł jechać 130 km/h w strefie IG-L, podczas gdy auta spalinowe miały ograniczenie do 100 km/h. Na końcu całej tej księgowości wyszło jeszcze, że trzydniowa podróż elektrykiem trwała może dwadzieścia minut dłużej, niż hipotetycznie mogłaby trwać autem spalinowym. Autor kończy swoją opowieść z satysfakcją, że hejterzy elektromobilności mają na czym zawiesić narrację.
Ale skąd ta ogromna potrzeba dowodzenia, że samochód potrafi zrobić to, czego od samochodu oczekujemy od ponad stu lat, czyli po prostu pojechać z punktu A do punktu B? Ta nacechowana emocjami relacja jest po prostu śmieszna, bo trudno mi sobie wyobrazić, by normalny kierowca obliczał co chwilę i jeszcze dzielił się ze światem informacją, że w drodze do Chorwacji stracił łącznie jedenaście minut na nalewaniu benzyny, z czego siedem i tak można odliczyć, ponieważ dzieci jadły lody. Samochód powinien dojeżdżać, właściciel wysiada i zajmuje się czymś innym. Tyle.
W tym chwaleniu się posiadaczy elektryków wyczuwam jakąś taką chęć przekształcenia uzasadnienia własnego wyboru w potrzebę poniżania wyborów innych. Może się mylę, ale jeden z niemieckich użytkowników opisał niedawno dramatyczne doświadczenie obcowania z około dziewięcioletnim dieslem. Napisał, że musiał nim jechać i było to straszne, po czym wyraził współczucie wszystkim, którzy nadal muszą robić coś podobnego wbrew własnej woli. Prawdziwa tragedia nastąpiła jednak później, ponieważ samochód trzeba było zatankować, a autor poinformował czytelników, że ręka nadal mu… śmierdzi. Serio!
Wyobrażam sobie tę scenę i przyznaję, że jest wzruszająca. Dorosły i dojrzały człowiek podjeżdża samochodem na stację paliw, bierze pistolet dystrybutora, nalewa olej napędowy, odkłada pistolet, a następnie przez resztę dnia przeżywa to doświadczenie niczym XIX-wieczny podróżnik, który właśnie przeprawił się przez święte bagno pełne pijawek bronione przez natywnych mieszkańców, którzy mocno wierzą w swoje bóstwo. Być może na następnej stacji należałoby już zapewnić właścicielom samochodów elektrycznych specjalne rękawiczki, punkt dekontaminacji i konsultację psychologiczną po kontakcie z paliwem kopalnym. A tak serio, to psycholog niektórym chyba by się przydał.
Oczywiście można całą rzecz sprowadzić do potrzeby chwalenia się samochodem, ale psychologia podpowiada coś znacznie ciekawszego. Człowiek ma bowiem niezwykle silną potrzebę przekonania samego siebie, że decyzje, które podjął, szczególnie te decyzje kosztowne, długoterminowe i związane z własnym wizerunkiem, były decyzjami właściwymi. Jeżeli wydaliśmy kilkaset tysięcy złotych na samochód, który działa inaczej niż ten używany przez większość ludzi przez ostatnie kilkadziesiąt lat, zaakceptowaliśmy pewne kompromisy i prawdopodobnie wysłuchaliśmy wcześniej dziesiątek pytań w rodzaju a co zimą, a gdzie będziesz ładował, oraz a jak pojedziesz do Włoch, nasz mózg czuje przemożną potrzebę kolekcjonowania dowodów, że wybraliśmy świetnie, nawet jeśli ten wybór ma realne wady.
Psychologia zna dobrze ten mechanizm jako dysonans poznawczy i racjonalizację po zakupie. Im więcej wysiłku, pieniędzy i emocji wkładamy w decyzję, tym większą mamy skłonność do podkreślania zalet tego, co wybraliśmy, i umniejszania wad, a jednocześnie do wyolbrzymiania niedogodności rozwiązania, które odrzuciliśmy. Sam mechanizm jest całkowicie ludzki i dotyczy samochodów, telefonów, mieszkań, wakacji, polityki, a nawet ekspresów do kawy. I naprawdę zaczyna być zabawnie, bo owa racjonalizacja przybiera wyjątkowo zabawne formy: dziewiętnaście minut spędzone przy ładowarce bardzo łatwo zamienia się wtedy w dziewiętnaście minut wypoczynku, ponieważ przecież i tak trzeba zrobić przerwę. Kolejne jedenaście minut również znika z bilansu, bo można było przecież sprawdzić telefon, rozprostować nogi albo porozmawiać z rodziną (jakby na pokładzie nie można było) a jeżeli ładowanie odbywa się podczas obiadu, czasu ładowania właściwie w ogóle nie ma, ponieważ człowiek w tym czasie jadł. Z kolei trzy minuty spędzone przy dystrybutorze przez właściciela diesla liczą się najwyraźniej w całości, a dodatkowo trzeba doliczyć do nich zapach dłoni. Ach ten diesel!
To psychologicznie fascynujący przykład tego, jak elastyczne potrafią być nasze kryteria, kiedy mózg dostaje zadanie ochrony wcześniejszej decyzji: własne ograniczenia zaczynamy interpretować jako zalety albo przynajmniej neutralne elementy życia. Na szczęście jest na to prosty sposób, drodzy właściciele elektryków, którzy musicie swoje życie racjonalizować: świat nie kręci się wokół Was. Każdy ma swoją własną banieczkę spraw. Wasza podróż, wasz samochód, wasz problem. I nie róbcie już takiego podziały my – oni. Słabe to i płytkie. To tylko samochód, który do tego nie potrzebuje obrony. On ma swoje cechy.
Potęga ludzkiego umysłu jest zaiste niezwykła: Potrafimy przekonać samych siebie, że dziewiętnaście minut przy ładowarce to wspaniały odpoczynek, a trzy minuty przy dystrybutorze to niemal doświadczenie traumatyczne. A przy okazji zastanawiam się, czy tylko ja lubię dźwięk dobrze pracującego silnika spalinowego, zapach spalin, a czasem nawet po prostu zapach paliwa? Najwyraźniej dziwny ze mnie człowiek. I jakoś dobrze mi z tym. Pewnie sobie to zracjonalizowałem, co 'nie?






