Doktor Rougier potrzebował samochodu, ale nie widział szans, żeby go kupić. Gabinet, instrumenty, książki, do tego pacjenci, którzy nie zawsze mogli zapłacić od razu. Automobil? Może za dwadzieścia albo trzydzieści lat. Kiedy André Citroën zaczął dopytywać, lekarz odpowiedział, że dojazd pozwalałby mu ratować ludzi, ale go zwyczajnie na niego nie stać.
Było to lato 1918 roku – tak rozmowę Citroëna z doktorem Rougierem umiejscawia chronologia opowieści Silvaina Reinera. Przemysłowiec przyszedł do niego na konsultację lekarską, ale rozmowa szybko zeszła na potrzeby służby zdrowia.
Wojna jeszcze trwała, a zakłady w Javel produkowały pociski. Citroën miał jednak w podziemiach fabryki tajne laboratorium i przygotowywał zupełnie nową produkcję na czasy powojenne. Rozważał dwie konstrukcje: większy pojazd Dufresne’a oraz mniejszy samochód Jules’a Salomona. Badał też rynek i rozmawiał z potencjalnymi klientami. Jednym z rozmówców był doktor Rougier, człowiek, który potrzebował samochodu do pracy, bo byli pacjenci, do których powinien dotrzeć możliwie szybko. Była też zaporowa cena, która sprawiała, że zakup automobilu pozostawał odległym marzeniem a Citroën chciał wiedzieć, co właściwie stoi na przeszkodzie. Doktor Rougier miał na to całą listę odpowiedzi.
„Jestem lekarzem, nie Rothschildem”
Doktor reagował na pytanie o automobil z niedowierzaniem, miał za sobą siedem lat studiów, ale ukończenie nauki oznaczało początek kolejnych wydatków: trzeba było urządzić gabinet, wyposażyć go w instrumenty, kupić potrzebne książki a do tego dochodziła codzienność praktyki lekarskiej: pacjent potrzebował pomocy dziś, lecz pieniądze na rachunek mógł znaleźć dopiero później. Samochód kosztował i to sporo. Rougier wyliczał garaż, ubezpieczenie i naprawy a w jego zestawieniu automobil był zobowiązaniem, na które zwyczajnie nie mógł sobie pozwolić. Perspektywę posiadania własnego auta odsuwał o dwadzieścia lub trzydzieści lat. Dla człowieka, który już teraz miał dojeżdżać do chorych, była to odpowiedź mało pocieszająca.

Porównania miał dosadne. Równie dobrze mógłby myśleć o kupieniu kawałka Wieży Eiffla albo bazyliki Sacré-Cœur. Przesada? Oczywiście, ale dobrze oddawała dystans między potrzebą a możliwościami finansowymi. Samochody istniały, jeździły po drogach i budziły zainteresowanie. W świecie doktora wciąż pozostawały jednak dobrem z zupełnie innej półki.
Do pacjenta trzeba dotrzeć na czas
W pewnym momencie rozmowa nabrała innego ciężaru. Rougier przyznał, że lekarze mogliby ratować ludzi, gdyby dysponowali samochodami. Szybszy transport zwiększałby skuteczność pomocy. Podobnie jak w przypadku straży pożarnej, czas dojazdu miał znaczenie: umiejętności i gotowość do działania trzeba było jeszcze dostarczyć tam, gdzie ktoś ich potrzebował. Citroën dopytywał dalej. Chciał ustalić, czy automobil byłby lekarzowi rzeczywiście niezbędny, także wtedy, gdy odłoży się na bok przyjemność podróżowania i możliwość odpoczynku. Rougier potwierdził, że auto pozwalałoby sprawniej nieść pomoc. Zastosowanie było więc jasne, podobnie jak korzyść, cały problem mieścił się w pytaniu: jak za to zapłacić?
Klient, którego jeszcze nie było stać na zakup
Rozmowa z Rougierem dobrze ilustruje ambicję związaną z upowszechnieniem samochodu. Wśród potencjalnych nabywców byli przecież ludzie, którzy doskonale rozumieli zalety automobilu, lecz nie mogli wejść do salonu i złożyć zamówienia. Ich potrzeby pozostawały niezaspokojone, choć bywały znacznie pilniejsze niż ochota na niedzielną przejażdżkę i doktor był jednym z nich. Miał zawód, konkretne obowiązki i wyraźny powód, żeby korzystać z auta. Potrzebował pojazdu, którego zakup i utrzymanie dałoby się pogodzić z prowadzeniem gabinetu.
Odpowiedź wyjechała z fabryki, także jako Citroën Coupé Docteur
Problem, o którym mówił Rougier, znalazł praktyczną odpowiedź w działalności Citroëna. W 1919 roku przedsiębiorca wprowadził Type A 10 HP: postawił na produkcję seryjną, która pozwalała obniżać koszty, oraz samochód zaprojektowany z myślą o przystępnej cenie i niedrogim utrzymaniu. To były dokładnie te kwestie, które tak martwiły lekarza. Cena premierowa wynosiła niewiarygodnie niskie 7950 franków za kompletne auto (można było też kupić samo podwozie z silnikiem bez karoserii za 7250 franków ) – dla porównania Renault 10 CV kosztowało wtredy 12.800 franków a samo podwozie 9.800 franków. Gigantyczna różnica!
Co ważne, za 7950 franków nabywca otrzymywał kompletny samochód, wyposażony między innymi w elektryczny rozrusznik, oświetlenie i koło zapasowe. Citroën chciał przyciągnąć ludzi, którzy potrzebowali sprawnego środka transportu i uważnie liczyli wydatki a wśród oferowanych wersji znalazło się także Coupé Docteur -„coupé dla lekarza”. Trudno o lepszą puentę ozmowy z Rougierem: potrzeby tej grupy zawodowej miały swoje miejsce w ofercie nowej marki.
W latach 1919-1921 wyprodukowano 24.093 egzemplarze Type A, z których jakaś część trafiła też do lekarzy, dzięki swojej niskiej cenie.
Opracowanie: Francuskie.pl na podstawie książki Silvaina Reinera „Tragedia André Citroëna”, polski przekład roboczy, oraz materiałów historycznych Citroëna dotyczących Type A.






