Ja wiem, że już o tym pisaliśmy i to pewnie kilka razy. No ale zjawisko zniknąć nie chce. Moim zdaniem kierowcy BMW powinny mieć jakieś oddzielne kategorie prawa jazdy i dużo więcej szkolenia niż osoby kierujące autami innych marek.
Na głupotę kierowców napatrzyłem się aż nadto. Nie zamierzam twierdzić, że każdy niebezpieczny manewr wykonywało BMW. Kierowcy innych marek również potrafią nagle stracić rozsądek. Niektórzy robią to w Audi, inni w Škodzie, Volkswagenie, Mercedesie, Toyocie, a nawet w poczciwym samochodzie rodzinnym z boxem dachowym. Marka nie daje nikomu monopolu na głupotę.
A jednak BMW wyjątkowo często pojawiało się tam, gdzie właśnie zaczynało dziać się coś niepokojącego. Typowa sytuacja wyglądała następująco. Jedzie sznur samochodów. Z przodu ciężarówka, za nią kilka aut. Nikt nie ma realnej możliwości szybkiego wyprzedzenia, bo z naprzeciwka trwa nieprzerwany ruch albo droga prowadzi przez teren zabudowany. Wszyscy widzą, że trzeba chwilę poczekać.
Wszyscy z wyjątkiem kierowcy BMW.
On nie może czekać. On musi wyprzedzać. Nie ma znaczenia, czy linia jest przerywana, ciągła czy podwójna. Nie ma znaczenia, czy za zakrętem coś widać. Nie ma znaczenia, że za kilkaset metrów zaczyna się kolejne ograniczenie prędkości. Samochód przed nim najwyraźniej działa jak czerwona płachta. Dopóki znajduje się z przodu, kierowca BMW nie może spokojnie oddychać.
Wyprzedza więc jedno auto. Potem gwałtownie wciska się w niewielką lukę. Po chwili próbuje wyprzedzić następne. Hamuje, przyspiesza, ponownie hamuje. Cała kolumna jedzie niemal tym samym tempem, ale on konsekwentnie przesuwa się do przodu po jednym samochodzie, jakby brał udział w grze komputerowej, w której za każdą wyprzedzoną Dacię przyznawane są dodatkowe punkty.
Po kilkudziesięciu kilometrach okazuje się zwykle, że zyskał dwie minuty, może pięć. Czasami mniej. Niekiedy spotykamy go na najbliższych światłach albo rondzie. Stoi kilka samochodów przed nami, z miną człowieka, który właśnie dokonał czegoś przełomowego. Rozumiem, że pod maską może pracować mocny silnik. Rozumiem, że samochód dobrze przyspiesza, jakoś tam trzyma się drogi (oby jeszcze opony były w miarę nowe) i daje kierowcy poczucie bycia bogiem. Ale oprócz tego trzeba coś jeszcze umieć. To, że samochód potrafi przyspieszyć, nie oznacza, że droga jest wolna a sytuacja bezpieczna, napęd na cztery koła nie usuwa deszczu, kolein ani praw fizyki. A duża moc nie daje prawa do zmuszania innych, aby hamowali lub uciekali na pobocze.
Najbardziej niezrozumiałe jest jednak podejmowanie ryzyka dla kilku sekund lub minut zysku. Przecież na końcu tej szaleńczej misji nie czeka helikopter ewakuacyjny, operacja ratująca życie ani negocjacje pokojowe. Najczęściej czeka stacja benzynowa, centrum handlowe, dom albo kolejne czerwone światło. O ile dojedziesz.
Być może odpowiedź jest zupełnie inna. Może BMW zmusza człowieka, aby jechał jak najkrócej, ponieważ sama jazda tak bardzo go męczy. Może sportowe zawieszenie, duże felgi i twarde siedzenia wywołują potrzebę jak najszybszego dotarcia do celu. Człowiek wsiada, przejeżdża pięć kilometrów i już desperacko chce wysiąść. W większości samochodów francuskich jest odwrotnie. Siadasz wygodnie, zawieszenie spokojnie radzi sobie z drogą, fotel jest przyjemny a podróż może trwać. Nie trzeba z nią walczyć. Można cieszyć się jazdą i nawet trochę żałować, że cel jest już blisko.
W BMW najwyraźniej nie zawsze się da. Coś musi być na rzeczy.
Dlatego zaczynam się zastanawiać, czy na BMW nie powinno obowiązywać jakieś specjalne prawo jazdy. Nie ze względu na moc, pojemność silnika czy rodzaj napędu. Egzamin powinien przede wszystkim sprawdzać odporność psychiczną na obecność innego samochodu z przodu. Kandydat jechałby za instruktorem przez dziesięć kilometrów z prędkością zgodną z ograniczeniem. Bez wyprzedzania. Bez mrugania światłami. Bez podjeżdżania na dwa metry do zderzaka. Jeżeli dotarłby do końca trasy bez drżenia rąk, przekleństw i piany na ustach, otrzymywałby uprawnienie.
Druga część egzaminu mogłaby polegać na użyciu kierunkowskazu. Egzaminator wypowiadałby komendę: „Proszę zmienić pas”, a kandydat musiałby zlokalizować niewielką dźwignię znajdującą się po lewej stronie kierownicy. Zadanie zapewne nie należałoby do najłatwiejszych, dlatego dopuszczalne byłyby trzy podejścia. Ostatni test obejmowałby próbę pogodzenia się z faktem, że ktoś inny może jechać szybciej, mieć droższy samochód albo po prostu znaleźć się wcześniej na drodze. To mogłoby być najtrudniejsze.
Oczywiście nie każdy właściciel BMW jeździ agresywnie, osobiście znam spokojnych i odpowiedzialnych kierowców aut tej marki. Sam nie raz prowadziłem BMW i nie czułem nagłej potrzeby wyprzedzania na przejściu dla pieszych, spychania innych samochodów z drogi ani sprawdzania, czy przepisy rzeczywiście dotyczą również mnie. Nie chcę potępiać wszystkich ale w oczach mam powtarzający się obraz, który trudno ignorować. Gdy podczas długiej podróży po raz kolejny widzę samochód wyprzedzający kolumnę przed zakrętem, wciskający się na siłę i zmuszający innych do hamowania, zaskakująco często na jego masce znajduje się biało-niebieskie logo.






