Czy z samochodami elektrycznymi w Polsce będzie tak, jak kiedyś z elektryfikacją wsi? Czy będziemy jeszcze długo siedzieć przy motoryzacyjnej lampie naftowej, przekonani, że skoro świeci, to po co nam prąd? Jeden z komentarzy Czytelnika podsunął bardzo celne porównanie: wynalazek Łukasiewicza dał światu światło, ale w Polsce lampa naftowa trzymała się wyjątkowo długo.
Do napisania tego felietonu zainspirował mnie komentarz jednego z naszych Czytelników pod tym artykułem. Napisał tak:
„Możemy się okopywać w tym zaścianku, ale tak naprawdę na szczęście to nie my dyktujemy warunki, bo nikt dla nas nie będzie utrzymywał produkcji aut spalinowych, a importować ich nie będzie skąd, bo nawet Trzeci Świat przechodzi na elektryki. Taka mentalność, z wynalazku Łukasiewicza też wyszliśmy jako jedni z ostatnich.”
Mocne? Jest w tym zdaniu coś bardzo polskiego, bardzo prawdziwego i bardzo niewygodnego, bo my chyba naprawdę mamy talent do tego, by wielkie zmiany cywilizacyjne najpierw obśmiać, potem zakwestionować, potem przeczekać, a na końcu ogłosić, że przecież od początku byliśmy za. Sięgnąłem do historii elektryfikacji wsi i przekonałem się, że komentujący ma sporo racji.
Lampa Łukasiewicza świeciła długo. Bardzo długo
Ale zacznę od tego, że Ignacy Łukasiewicz to jedna z tych postaci, z których Polska może być naprawdę dumna. Farmaceuta, wynalazca, pionier przemysłu naftowego, człowiek, który przyczynił się do praktycznego wykorzystania lampy naftowej i rozwoju przemysłu ropy naftowej, w połowie XIX wieku to była na serio rewolucja. Światło stało się tańsze, dostępniejsze, mocniejsze. Można było pracować, czytać, operować, funkcjonować po zmroku w sposób, który wcześniej dla wielu ludzi był nieosiągalny. Bo wiecie, na wsi po zmroku szło się spać. Chałupy miały małe okna, w środku i tak było ciemnawo… No ale po te wiejskie klimaty muszę Was odesłać do odpowiedniej literatury albo do książek o Jakubie Wędrowyczu.
I pewnie niejeden gospodarz słyszał od sąsiada, że od prądu krowy przestaną dawać mleko, dzieci będą chorować, a pioruny same znajdą drogę do chałupy. Współcześnie też te wersje o elektrykach krążą w społeczeństwie. A to prądy, a to biopole, a to … Wersji tyle ile ludzkiej fantazji.
Pewnego rodzaju paradoks polega na tym, że w kraju Łukasiewicza lampa naftowa została z nami na długo a wręcz bardzo długo, bo elektryfikacja, szczególnie na wsi, szła baaaaaardzo ale to baaaardzo wolno. Przed wojną prąd był przede wszystkim w miastach, przemyśle, bogatszych gospodarstwach i przy głównych liniach. Na wielu wsiach elektryczność była czymś odległym, nieznanym i czymś, czego trochę się bano. Mógłbym się nawet założyć, że straszono tym prądem nie tylko małe dzieci ale całkiem dorosłych chłopów i pewnie powszechną elektryfikację polskiej wsi można uznać za zakończoną około roku (nie uwierzycie i tak!)… 1980.
Cała Europa przechodzi na prąd. Cała? Nie! Jedna mała osada…
Jak u Asteriksa i Obeliksa: cała Europa coraz wyraźniej skręca w stronę elektromobilności. Cała? Nie! Jedna mała osada zamieszkana przez dzielnych Polaków wciąż opiera się najeźdźcom z Brukseli, normom emisji, ładowarkom, bateriom, chińskim producentom, francuskim miejskim elektrykom i podejrzanie cichym samochodom, które nie pachną benzyną. W tej osadzie każdy wie, że elektryk nie pojedzie zimą, akumulator po trzech latach nadaje się do wymiany a to panie drogie, że w trasie trzeba ładować się co chwilę, że wszyscy będą stali przy ładowarkach w kolejce od Świecka po Terespol. A w ogóle to samochód elektryczny jest dla bogaczy, ekologów, korporacji i ludzi, którzy nie rozumieją prawdziwej motoryzacji no a w ogóle to najlepiej to kupić diesla, bo diesel wiadomo: jak się dba, to jeździ.
No i teraz wracamy do historii: wieś bez prądu mówiła w latach 50 i 60. (tak, nawet w latach 60. w Polsce były miejsca bez zasilania): my tam wolimy lampę naftową, więc elektrownie nie mają przyszłości. Ostatecznie elektryfikacja wsi była projektem państwowym, infrastrukturalnym i oczywiście cywilizacyjnym. Ktoś musiał postawić słupy, pociągnąć linie, zorganizować finansowanie, wykonać przyłącza, przekonać ludzi i utrzymać system. No i jakoś tam zmusić ich do płacenia…
Dobrze, ale ta analogia nie jest do końca taka trafna – prąd był całkiem użyteczny a samochody elektryczne jeszcze nie spełniają oczekiwań części społeczeństwa. Cena zakupu, no i potrzebne są ładowarki, potrzebne są sensowne ceny energii (chociaż tu jest coraz lepiej), jakże przydałyby się lepiej zrozumiałe taryfy, do analizy których nie trzeba dwóch doktoratów i habilitacji (pozdrawiamy firmę Pstryk – robicie dużo dobrego w edukowaniu rynku swoimi ofertami, to była taka kryptoreklama ale niezapłacona). No i potrzebne są ładowarki przy blokach, wspólnotach, spółdzielniach, hotelach, pensjonatach, biurach, urzędach i sklepach… Powoli to się dzieje. Bardzo powoli.
A polski kierowca jest praktyczny i nie trzeba go przekupywać ani przekonywać. Jak auto elektryczne będzie opłacalne, to na pewno kupi. Przykładów polskiej zaradności w tej dziedzinie nie brakuje, ale mój ulubiony to… panele słoneczne.
Panele słoneczne też miały się w Polsce nie przyjąć
Jeszcze w rządowym Krajowym Planie Działania w zakresie energii ze źródeł odnawialnych z 2010 r. przewidywano, że w 2020 r. moc fotowoltaiki w Polsce wyniesie zaledwie 3 MW, podkreślam, że słownie były to trzy megawaty. Tymczasem na koniec 2020 r. Polska miała już prawie… 4 GW mocy w fotowoltaice a ktoś, kto pisał o owych megawatach pomylił się jakieś tysiąc razy. Polacy zaczęli masowo kupować panele, bo widzieli prosty rachunek: skoro prąd drożeje, to warto produkować część energii samemu. I nagle technologia, która miała być niszowa, stała się jednym z największych oddolnych ruchów inwestycyjnych w III RP. Na koniec 2025 r. w Polsce działało już ponad 1,6 mln mikroinstalacji OZE, a niemal wszystkie z nich były fotowoltaiczne, łączna moc najmniejszych instalacji zbliżyła się do 14 GW, a cała fotowoltaika w systemie przekroczyła 25 GW. Wiedzieliście?
Z samochodami elektrycznymi może być podobnie, choć znacznie, bo pół kraju mieszka w blokach. Może nawet większe pół (przepraszam matematyków i ekonomistów). Panele były stosunkowo tanie, przystępne cenowo, samochody są drogie, służą latami, wymagają infrastruktury i budzą emocje. Oczywiście i to się zmienia, pomijam może tu fanatyków Tesli, ale w obszarze marek, którymi jesteśmy zainteresowani mamy sporo ciekawych ofert. Jest świetne Renault 5, jest tani Citroën ëC3, zbliża się nowy 2CV, Dacia wypuści swojego taniego elektryka – dzieje się. U nas wolniej, słabiej, ale coś tam idzie.
Przyspieszymy, jeśli udałoby się przyspieszyć gospodarkę, zwiększyć zamożność społeczeństwa. Ale to już temat na zupełnie inny artykuł, więc na tym poprzestanę. I byłaby już ostatnia kropka felietonu, gdyby nie jedna rzecz na koniec: ja uwielbiam klasyczną motoryzację, zapach benzyny, dźwięk silników i elektryki mnie nie przekonują tak do końca… Tyle, że bez żadnych dodatkowych podtekstów. Poza sympatią do motoryzacji klasycznej w grę wchodzi jeszcze poziom zarobków i brak miejsca do ładowania pod blokiem.






