Unia Europejska zaostrza limity emisji spalin. W latach 2030–2034 średnia emisja nowych samochodów osobowych ma wynosić maksymalnie 49,5 g CO₂ na kilometr. To bardzo niski poziom. Dziś nawet oszczędne auta benzynowe i diesle emitują więcej.
Producenci będą musieli sprzedawać znacznie więcej samochodów elektrycznych i hybryd plug-in, żeby zbić średnią dla całej swojej gamy. Bez dużego udziału aut ładowanych z gniazdka osiągnięcie takiego wyniku będzie bardzo trudne. Zmiana oferty nie dzieje się z dnia na dzień. Zaprojektowanie nowego modelu trwa kilka lat. Przestawienie fabryk kosztuje miliardy euro. A klienci – zwłaszcza w takich krajach jak Polska – nadal chęnie kupują samochody spalinowe. W cztery lata nie da się całkowicie zmienić rynku bez skutków ubocznych.
Są też mechanizmy, które trochę łagodzą sytuację. Producenci mogą łączyć swoje wyniki emisji w tzw. pule z innymi markami. Mogą też „równoważyć” sprzedaż aut o wyższej emisji większą liczbą elektryków. Dodatkowe punkty dają najmniejsze samochody zeroemisyjne. Ale jeśli mimo to średnia będzie za wysoka, grożą kary finansowe. A kary zawsze kończą się w ten sam sposób – wyższą ceną w salonie. Koszty regulacji przerzucane są na klientów. Innymi słowy mówiąc nawet jeśli ktoś twierdzi, że koszty poniesie producent, jest to nieprawda. Koszty zostaną przerzucone na nas.
Średnia emisja liczona jest dla całej Unii Europejskiej, więc wolniejszy rozwój elektromobilności w części krajów daje producentom pewien margines. Mimo to presja rośnie. Branża już teraz tnie koszty, ogranicza gamy silników i przyspiesza elektryfikację. Organizacje producentów apelują o złagodzenie tempa zmian, a przyszłe decyzje polityczne – w tym po wyborach do Parlamentu Europejskiego w 2029 roku – mogą jeszcze wpłynąć na kierunek regulacji.
W praktyce może to wyglądać tak: żeby sprzedać jeden popularny model o wyższej emisji, producent będzie musiał sprzedać odpowiednią liczbę aut elektrycznych. Jeśli rynek nie będzie na to gotowy, efektem mogą być ograniczenia w ofercie i wyższe ceny.
Unijne limity przestają być teorią. Zaczynają realnie wpływać na to, co kupimy i ile za to zapłacimy. Może to jest moment aby się opanować?
Na podstawie wpisu Michała Hadysia (SAMAR) z LinkedIn – opracowanie redakcja.







