Wiochy pasożytują na miastach — napisał jeden z komentujących pod naszym artykułem SCT. Jako modelowy pasożyt, czyli człowiek mieszkający poza dużym miastem i regularnie dojeżdżający, poczułem się tym określeniem dotknięty a potem zrobiłem rzecz najgorszą z możliwych: zamiast się obrazić, zajrzałem do danych.
Zacznijmy od tego, dlaczego ludzie w ogóle uciekają z miast. I to nie na moim przypadku, dość specyficznym, ale statystycznym. Nie, nie uciekają dlatego, że nagle odkryli w sobie miłość do koszenia trawy, błota na drodze i szamba ekologicznego. Bardzo często dlatego, że w mieście mieszkania są drogie, małe, a za cenę klitki z miejscem postojowym można pod miastem kupić dom albo duże mieszkanie. Do tego dochodzi zieleń, cisza, poczucie bezpieczeństwa i marzenie o przestrzeni dla dzieci. Rynek mieszkaniowy wypycha ludzi poza granice miast.
Ale druga część komentarza — choć brutalna — dotyka realnego problemu. Według GUS w 2021 r. do pracy poza swoją gminę dojeżdżało w Polsce 5,18 mln pracowników najemnych, czyli 37,7 proc. wszystkich pracowników tej grupy. Codzienna rzeka ludzi, samochodów, korków i zajętych parkingów. COVID 19 sytuację poprawił, bo pojawiła się praca zdalna i miasta odetchnęły (a na wsi pojawiło się więcej nowych domów) ale nadal jakaś część osób jeździ.
Analizując te dane można dostrzec, że cały ten system został zbudowany tak, jakby każdy miał mieć samochód, codziennie nim jechać do miasta i jeszcze oczekiwać, że gdzieś za darmo go postawi.
Polski Instytut Ekonomiczny szacował koszt chaosu przestrzennego w Polsce na 84,3 mld zł rocznie. Największa część tych kosztów dotyczy transportu i mobilności: dłuższych dojazdów, korków, straconego czasu, infrastruktury i kosztów zewnętrznych. I być może tutaj zaczyna się prawdziwe wyzwanie.
Mieszkaniec gminy podmiejskiej korzysta z miasta: z pracy, szkół, lekarzy, urzędów, kultury, handlu. Miasto ponosi skutki: hałas, emisje, zużyte drogi, zajętą przestrzeń, presję na parkingi. Źle zaprojektowany system? Kształt samorządu powstawał kilkadziesiąt lat temu i być może warto coś tu zmienić. Gminy ościenne i miasta żyją dzisiaj w symbiozie. OECD od lat wskazuje, że rozlewanie się miast zwiększa zależność od samochodu, wydłuża dojazdy i podnosi koszty usług publicznych w rozproszonej zabudowie.
Czy więc „wiochy pasożytują na miastach”? Nie. To zbyt łatwe, zbyt pogardliwe i zwyczajnie niesprawiedliwe. Mieszkańcy pod miastem nie są pasożytami, działają tak jak zaprojektowany jest system. Jeśli nie ma kolei, parkingu P+R ani wspólnej polityki transportowej to trudno oczekiwać, by ktoś tłukł się kilka godzin autobusami o ile te w ogóle jeżdżą.
Być może musimy zmienić sposób planowania rozwoju aglomeracji miejskich a pieniądze kierowców, które codziennie oddają w paliwie, powinny trafiać w większej części na inwestycje transportowe, wymagane prawem. Ale najpierw solidna analiza co naprawdę jest potrzebne i czy na pewno warto takie rozwiązania budować. Tu powinni pomóc naukowcy. Doświadczenia krajowe mamy: po uruchomieniu Pomorskiej Kolei Metropolitalnej region konsekwentnie notował bardzo wysokie wykorzystanie kolei. Gdańsk podawał, że od uruchomienia PKM w 2015 r. przewiozła ona ponad 36 mln pasażerów, a w 2024 r. Pomorze osiągnęło 33,24 podróże koleją rocznie na mieszkańca. Podobne doświadczenia mają też Koleje Mazowieckie i SKM w mazowieckim.
Na koniec dodam, że po odwołaniu prezydenta Krakowa głównie za SCT żaden polityk nie powinien myśleć o karaniu kierowców.






