Kraków właśnie wysłał polskim politykom sygnał ostrzegawczy: z kierowcami nie wygrywa się zza biurka. Referendum zakończyło się odwołaniem prezydenta Aleksandra Miszalskiego, a najczęściej wskazywanym powodem udziału w głosowaniu była Strefa Czystego Transportu. Według badania exit poll ponad 28 proc. głosujących wskazało SCT jako główny powód swojej decyzji.
Kraków pokazał, że cierpliwość kierowców ma granice a prezydent Miszalski dostał rachunek wystawiony za przekonanie, że mieszkańcom można najpierw ograniczyć dostęp do miasta, a potem wytłumaczyć, że robi się to dla ich dobra.
Tak zwana Strefa Czystego Transportu stała się symbolem szerszego problemu: rosnącej pogardy części miejskich elit dla ludzi, którzy muszą dojechać do pracy, lekarza, szkoły, sklepu albo rodziny. Nie każdy mieszka przy tramwaju, nie każdy ma nowe auto, nie każdy może wymienić samochód dlatego, że urzędnik narysował na mapie nową granicę moralnej wyższości. Co więcej, samochody w Polsce są w większości stare. Wystarczy zajrzeć do danych CEPiKu.
Oficjalne wyniki wskazały, że referendum w sprawie prezydenta było ważne, a Miszalski stracił stanowisko; rada miasta, z powodu innego progu frekwencji, pozostała, ale sens głosowania jest jasny: Kraków ukarał władzę za politykę transportową odbieraną jako antysamochodową.
W Polsce są miliony kierowców. To nie jest margines, który można pouczać z konferencji prasowej i traktować ich z góry. To ludzie, którzy płacą podatki, akcyzę, VAT, opłaty parkingowe, ubezpieczenia i mandaty. Lekcja z Krakowa jest prosta: można poprawiać jakość powietrza, można rozwijać transport publiczny, można zachęcać do elektromobilności. Ale kto zaczyna od zakazów, wykluczeń i zamykania miasta dla zwykłych ludzi, ten wcześniej czy później spotka się z odpowiednią karą.






