Za 68.500 zł kupuję nową Dacię Sandero z fabrycznym LPG i możliwością pokonania ponad 1.000 kilometrów bez tankowania, korzystając z gazu i benzyny. Najtańszy elektryk z zasięgiem przynajmniej 700 km WLTP, którego znalazłem w aktualnych polskich ofertach producentów, kosztuje 197.290 zł. Ktoś coś mówił o tanim podróżowaniu?
Bawią mnie dyskusje o tym jak to można jeździć po Polsce i Europie elektrykiem. Jasne, że można! Nie ma żadnego problemu, ładowarki są, zasięg samochodów też mocno wzrósł. Tylko jest jeden mały, maleńki problem. Koszty takich samochodów z dużym zasięgiem są… dość duże. Dacia Sandero przejedzie tysiąc kilometrów bez tankowania i bez stresu, niezależnie od tego czy latem czy zimą, zatankowanie LPG zajmuje kilka minut. A elektryk? No tu już jest gorzej. Najtańszy elektryk, który nawet nie zbliża się do takiego wyniku kosztuje 3-4 razy więcej. Za gorszy zasięg można mieć trzy samochody więcej.
Oczywiście taki droższy elektryk jest znacznie większym, mocniejszym samochodem, oferującym więcej przestrzeni i wyposażenia oi część różnicy płacimy właśnie za te cechy. Ale nie ma możliwości, żeby dzisiaj tanio jeździć daleko bez ładowania. I dlatego uważam, że jeżeli apologeci elektryków chcą przekonywać argumentem oszczędności, powinni uwzględniać również pieniądze potrzebne na zakup. I nie, nie przekonuje mnie kwestia najmu, bo Dacię też można wynająć tanio.
I to nie jest krytyka elektryków jako takich ani elektrycznego sposobu jeżdżenia. Krytycznie odnoszę się do absurdalnego sposobu promowania tych rozwiązań. Sam pokonałem elektrykiem wiele tysięcy kilometrów, tylko proszę nie przekonujcie mnie na siłę, że to takie cudowne i opłacalne, bo nie jest. Przynajmniej na razie.






