Wyburzenie estakady, jezdnia dla rowerzystów, a kierowcy jakoś sobie poradzą, to pomysł jednego z radnych w Warszawie. Tymczasem ja mam dość wizji miast, w których tak łatwo rozdaje się przestrzeń służącą codziennym dojazdom, bez analizy konsekwencji dla kierowców.
Pewien warszawski radny dzielnicy Praga Południe, związany z organizacją Miasto Jest Nasze, napisał na X: „W dyskusji o Mariensztacie powinno się rozważyć postulat wyburzenia północnej estakady WZ i przywrócenia ogrodów Zamku Królewskiego”. Dodał, że północna jezdnia mostu i trasy mogłaby zostać rowerostradą, jeśli nie da się znaleźć innego rozwiązania. Pomysł odbierania kierowcom ważnego szlaku komunikacyjnego, bez analizy konsekwencji, uważam za zwyczajnie głupie i nieprzemyślane.
Radny nie pomyślał najwyraźniej o analizie ruchu, organizacji objazdów, analizy ruchu, nie interesują go koszty społeczne. Chce po prostu nam, kierowcom, zabrać kolejną drogę. O zwykłym życiu nie ma mowy, w jego świecie tego nie ma. A tu kurier jedzie z dostawą, serwisant wiezie narzędzia. rodzic zawozi dziecko i jedzie do pracy na drugim końcu miasta. Ktoś pomaga starszym rodzicom dotrzeć na badania. Dla tych ludzi samochód stanowi zwykłe narzędzie organizowania życia. Odebranie jezdni dotyka ich czasu, obowiązków i pieniędzy. Dotyka nas wszystkich. O traktowaniu kierowcy jak problemu miasta pisaliśmy już na Francuskie.pl.
Jeśli coś w dyskusji o miastach powinno się rozważyć, to całkowity zakaz kradzieży dróg kierowcom. Możemy dyskutować o lepszym układzie komunikacyjnym, o godzeniu różnych potrzeb, o możliwościach dobudowy ścieżek dla rowerów, proszę bardzo, ale od naszych dróg wara. Potem przez takie nieprzemyślane i głupie pomysły powstają coraz większe korki a całe dzielnice miast stają się komunikacyjnie wykluczone. Samochód jest elementem miasta, czy to się aktywistom podoba czy nie. Co więcej, jest ważnym elementem gospodarki i budżetu: właściciel czy kierowca płacą podatki, wnoszą opłaty choćby za parking do kasy miasta. I o tym też warto pamiętać…






