Produkcja przekładni eDCT do samochodów hybrydowych miała dać fabryce Stellantis w Termoli nowe perspektywy na przyszłość. Pracownicy obawiają się jednak o swoją przyszłość – ich zdaniem inwestycja obejmująca około 300 tys. skrzyń rocznie nie zapewni pracy wszystkim 1750 zatrudnionym. Domagają się spotkania z włoskim rządem i prezesem Stellantis Antonio Filosą.
Przyszłość zakładu Stellantis w Termoli ponownie staje się jednym z najpoważniejszych problemów włoskiego przemysłu motoryzacyjnego. Przedstawiciele pracowników mówią o narastającym niepokoju związanym zarówno z produkcją, jak i zatrudnieniem. Rada przedstawicieli związkowych fabryki zwróciła się o zwołanie osobnego spotkania poświęconego wyłącznie Termoli. Miałoby się ono odbyć w Ministerstwie Przedsiębiorstw i Made in Italy, czyli MIMIT, z udziałem władz państwowych, lokalnych instytucji oraz prezesa Stellantis Antonio Filosy.
Najważniejszą nową produkcją przyznaną fabryce są zelektryfikowane, dwusprzęgłowe przekładnie eDCT stosowane w samochodach hybrydowych Stellantis. Trafiają one między innymi do modeli Citroëna, Peugeota, Opla, Fiata, Jeepa i Alfy Romeo wyposażonych w układy Hybrid 48 V. Uruchomienie produkcji w Termoli zaplanowano na 15 września 2026 roku. Wcześniejsze informacje mówiły o docelowym wolumenie około 300 tys. przekładni rocznie oraz zatrudnieniu przy tej działalności od 250 do 300 osób.
O przeniesieniu produkcji eDCT do Termoli pisaliśmy już w marcu. Była to dobra wiadomość dla zakładu, ale od początku było wiadomo, że sama linia przekładni nie rozwiąże wszystkich jego problemów. W fabryce pracuje obecnie około 1750 osób. Jeszcze wiosną związki szacowały, że nawet po uruchomieniu eDCT pozostanie około 400-500 zatrudnionych, dla których zakład nie będzie miał wystarczającej ilości pracy. Część z nich kierowano czasowo do innych fabryk grupy. To pokazuje skalę problemu. Nowa produkcja zajmie kilkaset osób, ale Termoli potrzebuje znacznie szerszego programu, aby wykorzystać możliwości całego zakładu.
Drugim elementem planu Stellantis jest dalsza produkcja benzynowego silnika GSE, znanego także jako FireFly. Jednostka ma zostać dostosowana do wymagań normy Euro 7 i pozostać w produkcji również po 2030 roku. Silniki GSE w wersjach 1.0 i 1.5 są wykorzystywane w samochodach wielu marek koncernu. W zakładzie pozostają także linie jednostek GME oraz V6 przeznaczonych między innymi dla Maserati. Związki podkreślają jednak, że zapowiedź produkcji GSE Euro 7 nadal nie daje pewności co do przyszłych zamówień, wolumenu ani liczby potrzebnych pracowników. Sam fakt technicznego dostosowania silnika do nowej normy nie oznacza jeszcze, że będzie on montowany w wystarczająco dużej liczbie samochodów.
Podobne ryzyko dotyczy pozostałych jednostek. Produkcja V6 zależy od bardzo niskich obecnie wolumenów Maserati, natomiast znaczna część silników GME trafia poza Europę, w tym do Ameryki Północnej. Zmiany popytu, ceł albo planów modelowych mogą więc bezpośrednio uderzyć w Termoli.
Przedstawiciele pracowników zwracają uwagę, że zakład od dłuższego czasu korzysta z kontraktów solidarnościowych i innych instrumentów osłonowych. Pozwalają one ograniczać czas pracy bez natychmiastowego przeprowadzania masowych zwolnień. Takie rozwiązanie może pomóc fabryce przejść przez krótkotrwały spadek zamówień. Nie zastąpi jednak produkcji. Jeżeli mniejsza liczba godzin i publiczne mechanizmy wsparcia stają się stałym elementem działalności zakładu, oznacza to, że problem nie jest już przejściowy.
Źródło: Fim-Cisl





