Nasz Citroën BX 4×4 jedzie dalej – a to kolejna relacja z rajdu Trans Carpathia 2026. Dzień zaczął się na skąpanej w słońcu polanie ponad 2000 metrów nad poziomem morza, a zakończył z pompą paliwa zasilaną prowizorycznie z gniazda zapalniczki. Po drodze był przeciek oleju, narzędzie wykonane szlifierką, trudna górska trasa i nieznajomy, który późnym wieczorem uratował nas przed kolejną nocą bez prysznica.
Obudziliśmy się na przepięknej polanie, zaledwie około 500 metrów od granicy Kosowa z Czarnogórą. Poranek przywitał nas słońcem i widokami, które szybko pozwoliły zapomnieć o wyjątkowo zimnej nocy. Temperatura spadła tak mocno, że w środku nocy trzeba było szukać dodatkowych koców i zakładać na siebie wszystko, co tylko było pod ręką. Dopiero rano sprawdziliśmy dokładnie położenie naszego obozowiska. Okazało się, że spaliśmy na wysokości przekraczającej 2000 metrów nad poziomem morza. Zimno przestało więc dziwić.

Po prostym śniadaniu składającym się z suchej krakowskiej (mniam!) i warzyw zwinęliśmy obóz. Citroën BX 4×4 ponownie został zapakowany i ruszyliśmy w stronę Peji.
Peja: Ferrari, Porsche i stary traktor
W Peji byliśmy już poprzedniego wieczoru, ale wtedy emocje i problemy ze znalezieniem parkingu nie pozwoliły spokojnie przyjrzeć się miastu. Wróciliśmy więc około południa, zostawiliśmy BX-a na prywatnym parkingu i poszliśmy na spacer. Różnica pomiędzy wieczorem a środkiem dnia była ogromna. Poprzedniego dnia ulice były pełne ludzi, natomiast w południe pieszych było zaskakująco niewielu. Samochodów nadal jednak nie brakowało, a znalezienie miejsca parkingowego ponownie okazało się wyzwaniem. Usiedliśmy w kawiarni, wypiliśmy kawę, kupiliśmy lody i zaczęliśmy przyglądać się miastu. Największe wrażenie robiło przemieszanie wszystkiego ze wszystkim. Obok warsztatu samochodowego działał sklep z biżuterią, dalej stomatolog, fryzjer, sklep odzieżowy, bank i kolejny serwis.

Nie było wyraźnego podziału na dzielnicę handlową, usługową czy przemysłową. Wszystko funkcjonowało obok siebie. Najlepszym podsumowaniem Peji była scena, której nie udało się sfotografować. Na jednym skrzyżowaniu spotkały się Ferrari, Porsche oraz starszy mężczyzna jadący niewielkim czerwonym traktorem, wyglądającym jak maszyna sprzed kilkudziesięciu lat.
Nowoczesne samochody sportowe, stary ciągnik i zwykły ruch miejski znalazły się przez chwilę w jednym kadrze. Właśnie takie kontrasty najlepiej zapamiętaliśmy z Kosowa.
Spokojne ulice i patrole KFOR
Zainteresowała nas również skomplikowana historia Kosowa. W mieście było spokojnie i nie widzieliśmy żadnych niebezpiecznych sytuacji. Od czasu do czasu pojawiały się jedynie pojazdy wojskowe i patrole KFOR. Zwróciliśmy uwagę na dwujęzyczne oznaczenia w języku albańskim i serbskim. Czytaliśmy też o funkcjonującym przez lata równoległym systemie edukacji, administracji i finansowania. Historia tego niewielkiego terytorium jest znacznie bardziej złożona, niż można sądzić podczas spokojnego spaceru po centrum Peji. Po krótkim zwiedzaniu wróciliśmy do Citroëna. Plan był ambitny: przejechać do Czarnogóry, pokonać jedną z najtrudniejszych i według organizatorów najpiękniejszych pętli rajdu, a następnie dotrzeć jeszcze tego samego dnia do Albanii.

Kontrola na stacji i olej pod samochodem
Po drodze zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej. Jak zwykle wykorzystaliśmy postój do szybkiej kontroli samochodu. Poziom płynów, koła, zawieszenie i spojrzenie pod auto – na takim rajdzie każda chwila może ujawnić problem, zanim stanie się on naprawdę poważny. Tym razem zauważyliśmy olej: przypomniał o sobie uszkodzony czujnik ciśnienia oleju, który sprawiał problemy od początku wyprawy. Początkowo powodował jedynie błędne wskazania i zapalał kontrolki. Podczas wcześniejszego serwisu zauważyliśmy wokół niego delikatne zapocenie. Teraz pojawiły się już wyraźne krople.
Sam niewielki wyciek nie musiał oznaczać natychmiastowego zagrożenia. Nie wiedzieliśmy, czy za chwilę uszczelnienie nie puści całkowicie. Utrata oleju na górskiej trasie mogłaby zakończyć się zatarciem silnika i byłaby końcem marzeń o dojechaniu do mety.
Nie ma czujnika? Będzie korek
Rozpoczęliśmy poszukiwania sklepu motoryzacyjnego. Trafiliśmy najpierw do dużej hurtowni, ale odpowiedniego czujnika nie było nawet w katalogu. Sprzedawcy skierowali nas do niewielkiego warsztatu i sklepu specjalizującego się przede wszystkim w samochodach niemieckich. Skoro czujnik i tak nie działał, wystarczyło znaleźć element z odpowiednim gwintem, którym można było szczelnie zamknąć otwór. Właściciel warsztatu znalazł jedną sztukę korka spustowego oleju pasującego do silnika Citroëna. Problem został rozwiązany tylko teoretycznie, bo silnik był bardzo gorący, a pod maską panowała temperatura przypominająca piec i polewanie wodą niewiele pomagało. Do tego nie mieliśmy klucza pasującego do nowego korka.

Po raz kolejny konieczna była improwizacja. Przy użyciu szlifierki kątowej przerobiliśmy jedno z posiadanych narzędzi i wykonaliśmy prowizoryczny przyrząd. Korek został dokręcony, a na końcu poprawiony sprawdzoną metodą z użyciem młotka i przecinaka. Dolaliśmy brakujący olej, uruchomiliśmy silnik i sprawdziliśmy szczelność. Wyciek ustał całkowicie. Mogliśmy jechać dalej. Uroki 40-letniego samochodu.
Najtrudniejsza i podobno najpiękniejsza pętla
Organizator przygotował dwie trasy. Pierwsza była turystyczna i przeznaczona dla załóg, które miały już dosyć jazdy terenowej. Druga została opisana jako trudniejsza, bardziej wymagająca i jednocześnie najbardziej malownicza. My? Nie zastanawialiśmy się ani sekundy: wybraliśmy wariant trudniejszy. A warunki rzeczywiście były wymagające – po wcześniejszych opadach i burzach drogi mocno się pogorszyły, pojawiły się głębokie koleiny, kamienie, błoto i odcinki, na których trzeba było bardzo precyzyjnie prowadzić BX-a. Citroën ponownie radził sobie znakomicie. Napęd 4×4, duży prześwit i hydropneumatyczne zawieszenie pozwalały przejeżdżać miejsca, które w zwykłym samochodzie osobowym byłyby praktycznie niedostępne. To idealna kombinacja.
Trasa była ładna, chociaż naszym zdaniem nie aż tak spektakularna, jak zapowiadali organizatorzy. Najpiękniejsze widoki nadal kojarzyły nam się z wcześniejszymi etapami w Bośni i Hercegowinie. Możliwe jednak, że po kilku dniach jazdy przez góry przyzwyczailiśmy się do krajobrazów, które na początku rajdu wywoływały natychmiastowy efekt „wow”.
BX odpalił i natychmiast zgasł
Dotarliśmy do końcowego punktu widokowego. Zgasiliśmy silnik, zrobiliśmy zdjęcia i zamieniliśmy kilka słów z innymi załogami. Zachodzące słońce tworzyło idealne warunki do fotografowania samochodu. Po powrocie wsiedliśmy do Citroëna. Silnik uruchomił się i po chwili zgasł. Spróbowaliśmy ponownie. Odpalił i zgasł. Po piątej próbie było jasne, że nie jest to przypadek. Szybka diagnoza wykazała tym razem brak zasilania elektrycznej pompy paliwa. Wcześniej BX miał prostego diesla, który do pracy potrzebował bardzo niewiele energii elektrycznej, ale po zamontowaniu silnika benzynowego pojawiła się między innymi elektryczna pompa paliwa wraz z dodatkową instalacją. Właśnie jeden z elementów tej instalacji okazał się słabym punktem projektu.

Pompa paliwa zasilana z zapalniczki
Nie mieliśmy czasu na dokładne rozbieranie całej wiązki. Doprowadziliśmy więc zasilanie do pompy bezpośrednio z jednego z wielu gniazd zapalniczki zamontowanych w samochodzie a nasz BX ma ich wyjątkowo dużo. Podczas wypraw trzeba zasilać telefony, nawigacje, kamery, urządzenia komunikacyjne i pozostały sprzęt, dlatego gniazda znajdują się z przodu, z tyłu oraz w bagażniku. Po podłączeniu przewodu pompa ruszyła, a silnik zaczął pracować normalnie. Zebraliśmy narzędzia i pojechaliśmy dalej, ale… po około 10–15 minutach BX ponownie zgasł.
Tym razem przyczyna była jeszcze bardziej banalna. Niewielka wtyczka użyta do wykonania prowizorycznego połączenia była przeznaczona do urządzenia pobierającego znacznie mniej prądu i nie wytrzymała obciążenia pompy paliwa, przegrzała się i przestała przewodzić. Kolejna szybka naprawa pozwoliła ruszyć dalej, ale dwie awarie kosztowały nas łącznie około trzech godzin. Plan dotarcia tego dnia do Albanii przestał być realny.
Cztery zamknięte hotele
I wiecie co – byliśmy cholernie zmęczeni. Za nami trzy noce bez normalnej łazienki i prysznica. Zamiast kolejnego noclegu na dziko postanowiliśmy znaleźć hotel lub domek kempingowy. Okazało się to następną Mission impossible. Odwiedziliśmy cztery obiekty i wszędzie zastaliśmy zamknięte drzwi. W wielu miejscach recepcje działały tylko do godziny 22 lub 23. Nikt nie przewidywał, że późnym wieczorem zjawią się dwaj zmęczeni uczestnicy rajdu szukający łóżka, bo i po co? W końcu zatrzymaliśmy się na skrzyżowaniu na obrzeżach miejscowości. Byliśmy już pogodzeni z kolejną nocą na kempingu, kiedy ktoś zapukał w szybę.

Przechodzący ulicą mężczyzna zauważył zagubionych turystów i zapytał, czy potrzebujemy pomocy. Wyjaśniliśmy, że szukamy noclegu. Wyjął telefon i zaczął dzwonić. Do pierwszego obiektu, drugiego, trzeciego i kolejnego. W końcu znalazł właściciela, który zgodził się na nas poczekać – podał nam dokładne wskazówki i upewnił się, że wiemy, dokąd jechać i jak zwykle nie chciał niczego w zamian. Zobaczył obcych ludzi stojących późnym wieczorem przy drodze i po prostu postanowił im pomóc.
Po kilkunastu minutach siedzieliśmy już w czystym, ciepłym domku kempingowym. Był prysznic, łóżka i możliwość spokojnego wysuszenia rzeczy. Po całym dniu napraw i jazdy terenowej wydawało się to luksusem. Zwykła rzecz a cieszy.
Ten rajd miał znaleźć słabe punkty BX-a
Citroën BX 4×4 zachwyca nas każdego dnia. Prowadzi się znakomicie, jest komfortowy, sprawny w terenie i cały czas jedzie. Nie oznacza to jednak, że projekt jest już doskonały. Przed wyjazdem założyliśmy, że Trans Carpathia będzie testem po wymianie silnika i innych modyfikacjach a sam rajd miał znaleźć słabe punkty, niedopracowane elementy i błędy, których nie da się wykryć podczas krótkiej jazdy po zwykłej drodze.
I właśnie to robi: Czujnik oleju zostanie zastąpiony właściwym rozwiązaniem. Instalacja pompy paliwa wymaga poprawy i wykonania przewodów z odpowiednim zapasem. Nietypowe obejmy wydechu trzeba zamienić na proste części dostępne w każdym sklepie motoryzacyjnym. No i lekcja dla nas – samochód wyprawowy nie powinien korzystać z elementów, których nie da się kupić albo zastąpić w przypadkowym warsztacie. Im prostsza i bardziej typowa część, tym większa szansa, że będzie dostępna również setki albo tysiące kilometrów od domu.
Nasze problemy są przy tym niewielkie w porównaniu z awariami innych załóg. Podczas rajdu wymieniane są silniki, skrzynie biegów, tylne belki, amortyzatory i mosty napędowe, trudna trasa to nadal prawdziwa rzeź dla samochodów. A BX? Jedzie. Każda awaria daje nam nową informację, a każda prowizoryczna naprawa pokazuje, co trzeba wykonać lepiej przed znacznie większą wyprawą planowaną na przyszły rok. Co zabrać. Czego nie zabierać.
Ten wyjazd miał sprawić, że samochód dojrzeje. Miał pęknąć każdy słaby element, który mógłby zawieść później, znacznie dalej od domu. Pod tym względem wszystko rzeczywiście idzie zgodnie z planem.
Poprzednie części relacji z Trans Carpathia 2026
- Citroën BX 4×4 rusza w rajd Trans Carpathia 2026. Idealna konfiguracja wyprawowa – cz. 1
- Citroën BX 4×4: prawie 500 km i lepszy off-road niż na Saharze – cz. 2
- „Jedźmy skrótem, zaoszczędzimy 8 minut”. Citroën BX 4×4 tam, gdzie kończy się droga, internet i cywilizacja – cz. 3
- Citroën BX 4×4 dociera na koniec świata. Droga kręta i kamienista – cz. 4
- Polowy serwis Citroëna BX 4×4, sposób na MacGyvera i luksus: ciepły prysznic – cz. 5
- Wjeżdżamy do Kosowa. Bez internetu, ale ratuje nas motocykl – cz. 6













