Nasz Citroën BX dotarł do mety, ale po kolei. Ostatni dzień rajdu zaczął się wyjątkowo przyjemnie. Obudziliśmy się w naszych domkach, wiedząc jedynie, że nocowaliśmy w miejscu o nazwie Mountain View Resort. Dopiero rano zrozumieliśmy, skąd ta nazwa. Tuż za oknami rozciągał się przepiękny widok na góry – na horyzoncie wyrastały majestatyczne szczyty.
Po kilku intensywnych dniach w końcu byliśmy naprawdę wypoczęci. Wyspani, wykąpani i po nocy spędzonej w wygodnych łóżkach mogliśmy ruszać dalej.
Plan był prosty – szybkie śniadanie i w drogę. Musieliśmy odrobić stracony czas po awariach z poprzednich dni. Życie jednak po raz kolejny pokazało, że lubi pisać własne scenariusze. Śniadania nie było, bo… kucharz nie przyszedł. Usłyszeliśmy jedynie, że „zaraz będzie”, co mogło oznaczać zarówno pięć minut, jak i dwie godziny. Nie zamierzaliśmy ryzykować kolejnego opóźnienia. Wsiedliśmy do samochodu, znaleźliśmy piekarnię i kupiliśmy lokalne przysmaki – burek z serem, tartę, bułki z parówką i słodkie drożdżówki – pycha. Śniadania smakują najlepiej, kiedy ma się przed sobą kolejny dzień przygody.
Orzeźwiająca kąpiel w rzece
Od samego rana mijaliśmy przepiękne krajobrazy. Bałkany zachwycają rzekami i górskimi jeziorami o krystalicznie czystej wodzie. Bardzo wielu miejscowych spędza tu czas nad rzeką – kąpią się i odpoczywają. U nas nie jest to aż tak popularny widok. Nie mogłem się oprzeć i sam wszedłem do lodowatej wody, która fantastycznie mnie orzeźwiła. Piotr tylko wsadził koniuszek palca i pozostał na brzegu. „Dla mnie woda musi mieć co najmniej 24 stopnie – oznajmił. 
Z Albanii skierowaliśmy się w stronę Podgoricy, a następnie przez Cetynię – pierwszą historyczną stolicę Czarnogóry – do Njeguši i słynnej drogi z widokiem na Zatokę Kotorską. Szutrowe odcinki zostały już za nami, ale wcześniejsze trasy terenowe w pełni zaspokoiły nasz apetyt na off-road. Teraz przyszedł czas na asfalt i podziwianie krajobrazów.
Spektakularne widoki
Widoki były absolutnie spektakularne. Albania przypominała momentami amerykańskie Góry Skaliste – serpentyny, skaliste zbocza i przestrzeń, od której trudno było oderwać wzrok. Zatrzymaliśmy się w Horizon Cafe, położonej wysoko na zboczu góry. Stoliki ustawione były na tarasie zawieszonym nad przepaścią, a przed nami rozciągała się panorama Zatoki Kotorskiej. To jedno z tych miejsc, których nie da się oddać na zdjęciach.
Bardzo chcieliśmy zatrzymać się w Kotorze i zwiedzić stare miasto, ale czas nie był naszym sprzymierzeńcem. Musieliśmy jechać dalej, żeby zdążyć na metę. Mam jednak nadzieję, że uda się wrócić tutaj w drodze powrotnej. To miejsce z ponad dwutysięczną historią, sięgającą czasów cesarstwa rzymskiego. Podobno po zachodzie wygląda jeszcze piękniej.
Kto pierwszy, ten lepszy
Po drodze czekała nas jeszcze przeprawa promowa i kolejny typowo bałkański obrazek. Samochody wpychające się na prom z każdej strony, klaksony, uśmiechy i zasada „kto pierwszy, ten lepszy”. Totalny chaos, który… jakoś tu funkcjonuje. To jedna z tych kulturowych różnic, które po prostu się obserwuje. Nie chodzi o to, że jest lepiej czy gorzej – po prostu inaczej. Korzystasz z klaksonu i jedziesz.
Organizatorzy prosili, aby uczestnicy meldowali się na mecie między 17:00 a 20:00. Dopiero później zrozumieliśmy, że chodziło głównie o zdjęcia robione jeszcze przy dziennym świetle. Do kolejki na promie dojechaliśmy dopiero około 20:00 a linię mety udało nam się przekroczyć mniej więcej pół godziny później. Zdążyliśmy dosłownie w ostatniej chwili – zaczynał zapadać zmrok, ale nie było kompletnych ciemności i wciąż dobrze nas było widać na zdjęciach.
Citroën BX przekracza metę z rozmachem
Na metę postanowiliśmy wjechać z rozmachem. Przez cały rajd woziliśmy w samochodzie boomboxa, więc gdy dojeżdżaliśmy do finiszu, z głośników wybrzmiewało „We Are the Champions” zespołu Queen. W lodówce od początku wyprawy chłodził się szampan, przeznaczony właśnie na tę chwilę. Gdy przekroczyliśmy metę, z ogromną satysfakcją otworzyliśmy butelkę i uczciliśmy nią nie tylko ukończenie rajdu, ale przede wszystkim sukces czterdziestoletniej technologii motoryzacyjnej, która z przygodami, ale dowiozła nas do celu.
Potem poszliśmy na plażę. Piotr tradycyjnie odmówił kąpieli. „Za zimna” – usłyszałem. Ja nie wahałem się ani chwili. Nocna kąpiel w Adriatyku była idealnym zwieńczeniem wyprawy.
Wieczorem odbyła się impreza kończąca rajd, ale w kameralnym klimacie ponieważ wielu uczestników od razu ruszyło w drogę powrotną. Jedni spieszyli się do pracy, inni musieli wracać razem z mechanikami, jeszcze inni po prostu chcieli jak najszybciej znaleźć się w domu. Do końca została połowa ekip. Była muzyka, rozmowy i to charakterystyczne uczucie, kiedy po kilku dniach napięcia nagle schodzi cała adrenalina. Dopiero wtedy człowiek naprawdę czuje, że dokonał czegoś wyjątkowego.
Na noc nie wybraliśmy hotelu. Na plaży stały ogromne łóżka z baldachimami i postanowiliśmy zaryzykować. To była jedna z najlepszych decyzji całego wyjazdu. Noc była ciepła, około dwudziestu stopni, od morza wiał delikatny wiatr, a rano obudził nas szum fal i pierwsze promienie słońca. Trudno wyobrazić sobie piękniejsze zakończenie rajdu.
Bałkańska gościnność i serdeczność
Podczas całej wyprawy spotykaliśmy wielu ludzi, którzy – podobnie jak my – żyli motoryzacją i podróżami. Na górskich drogach minęliśmy motocyklistów z Grecji, którzy realizowali materiał sponsorowany dla producenta motocykli. Zatrzymali nas na krótki wywiad o rajdzie. Na granicy Albanii i Czarnogóry poznaliśmy uczestników Mongol Rally, a na jednej ze stacji benzynowych spotkaliśmy ekipę z Poznania jadącą w jeszcze innym rajdzie. Bałkany naprawdę przyciągają ludzi z pasją do podróżowania.
I zupełnie mnie to nie dziwi. Dla mnie ten region wygrywa nawet ze Skandynawią. Jest tu ciepło, można kąpać się w rzekach i morzu, cieszyć się słońcem, ale przede wszystkim spotyka się niezwykle serdecznych ludzi. To właśnie oni obok spektakularnych gór, krystalicznych rzek i wymagających tras – pozostaną w mojej pamięci najdłużej.
Na koniec pozostała nam pamiątka z rajdu – symetryczna opalenizna. Moja lewa ręka cały czas wystawała przez okno i jest czerwona od słońca, z kolei Piotr opalił rękę prawą. Z kolei moja druga ręka jest dodatkowo spalona od silnika, kiedy na szybko wymienialiśmy czujnik. W tym momencie najważniejszy był czas, ból zszedł na drugi plan.
Autorska relacja z rajdu Trans-Carpathia 2026: Tomasz Nowak i Piotr Pyrka, edycja: redakcja
Poprzednie części relacji z Trans Carpathia 2026
- Citroën BX 4×4 rusza w rajd Trans Carpathia 2026. Idealna konfiguracja wyprawowa – cz. 1
- Citroën BX 4×4: prawie 500 km i lepszy off-road niż na Saharze – cz. 2
- „Jedźmy skrótem, zaoszczędzimy 8 minut”. Citroën BX 4×4 tam, gdzie kończy się droga, internet i cywilizacja – cz. 3
- Citroën BX 4×4 dociera na koniec świata. Droga kręta i kamienista – cz. 4
- Polowy serwis Citroëna BX 4×4, sposób na MacGyvera i luksus: ciepły prysznic – cz. 5
- Wjeżdżamy do Kosowa. Bez internetu, ale ratuje nas motocykl – cz. 6
- Korek zamiast czujnika i pompa paliwa z zapalniczki – cz. 7




























